Sie 252014
 

Worldcon, czyli światowy zlot miłośników science fiction, odbywa się zazwyczaj – nieco na przekór nazwie (lub zgodnie z nią, zależnie od punktu widzenia) – w USA. Z długiej listy Worldconów wynika jednak, że hegemonia Stanów Zjednoczonych jest sukcesywnie przełamywana i konwent coraz częściej trafia do innych zakątków świata, w tym do Europy – tak jak w tym roku (poprzednio w 2005 r.).

Londyński kolejkon zaatakował w czwartek.

Londyński kolejkon zaatakował w czwartek.

Wrażenia ogólne

Loncon 3, czyli 72. Worldcon, odbył się w dniach 14–18 sierpnia 2014 roku w Londynie, 75 lat po pierwszym Worldconie (Nycon, 1939 r.). Był to już trzeci Loncon (poprzednie w 1957 i 1965 roku), a siódmy Worldcon na brytyjskiej ziemi (dwukrotnie Brighton i takoż Glasgow). Imprezę odwiedziło niemal 8000 osób – prawie 11 000, jeśli wliczyć akredytacje wspierające, co czyni Loncon 3 drugim (jeśli nie pierwszym – brak danych o fanach wspierających L.A.con II w 1984 r.) najliczniejszym Worldconem w historii.

Ktoś mógłby powiedzieć, że to mało. Owszem, spodziewałem się większej liczby odwiedzających, w tym Brytyjczyków – tymczasem najliczniejsi byli Amerykanie. Była to jednak impreza kosztowna (transport, akredytacja, nocleg, codzienne wydatki). Do tego Loncon pozbawiony był nabijających frekwencję wszelkich imprez dodatkowych, np. niezwiązanych z fantastyką koncertów. Nie było tam również LAN party, gier bitewnych, mangi, anime, gier (RPG, planszówki i karcianki były reprezentowane szczątkowo) i innych rozrywek nienależących do twardego rdzenia fantastyki, czyli literatury, filmu i nauki. Trochę szkoda, jako że spodziewałem się silnej reprezentacji brytyjskich graczy. Z drugiej strony przynajmniej nikt nie nazwał najważniejszego konwentu science fiction festiwalem i nie wpakował w program wszystkiego, co mu przyszło do głowy, byle tylko ściągnąć więcej ludzi.

Fan Village o poranku.

Fan Village o poranku.

Światowa impreza to oczywiście większe możliwości. Budżet Lonconu wynosił niemal 300 000 funtów brytyjskich (stan na 30 czerwca 2014 r.; finanse Worldconu są jawne). Odbyło się 600 punktów programu przygotowanych przez 900 osób. Gośćmi honorowymi Lonconu byli Iain M. Banks (niestety zmarł w 2013 roku), John Clute, Malcolm Edwards, Chris Foss, Jeanne Gomoll, Robin HobbBryan Talbot. Oprócz nich można było spotkać wielu innych twórców i fanów.

Zdecydowana większość spotkań miała formę paneli dyskusyjnych (3–5 osób plus moderator) i trwała 90 minut; trafiłem tylko na jedną lub dwie jednoosobowe prelekcje. Taka forma miała swoje dobre i złe strony. Można było posłuchać pisarzy, wydawców, naukowców i wejść z nimi w dyskusję, lub też znaleźć się pośrodku rozmowy o czymś zupełnie innym, niż to zapowiadał opis spotkania, a moderator nawet nie próbował ratować sytuacji.

Centrum wystawowe ExCeL London to olbrzymi budynek: 40 hektarów powierzchni, niemal 45 000 metrów sześciennych kubatury, dostosowany do potrzeb osób niepełnosprawnych. W 2012 roku pomieścił część zawodów letniej Olimpiady – przy tym konwent, który zajął wycinek wschodniego skrzydła, wydawał się malutki. Miejsca wystarczyło także na dodatkowe niezwiązane imprezy odbywające się po sąsiedzku, a mimo to budynek nie był wykorzystany chyba nawet w połowie. Sale spotkaniowe były przestronne i można je łączyć ze sobą w razie potrzeby, dzięki czemu nie było problemów z wejściem na bardziej oblegane punkty programu (od drzwi odbiłem się tylko dwa razy). Przepustowość korytarzy również nie pozostawiała wiele do życzenia, podobnie jak rozwiązywane na bieżąco przez obsługę obiektu (obiektu, nie konwentu) wszelkie zatory komunikacyjne. Tam, gdzie okazało się to potrzebne po pierwszym dniu, ustawiono taśmy rozgraniczające podejścia do schodów, a w pobliżu zawsze był ktoś z personelu ExCel, kto nie tylko sprawdzał identyfikatory i pilnował przepływu tłumu, lecz był również uprzejmy i znał topografię budynku w razie pytań konwentowiczów.

Loncon zajmował obszary zaznaczone na kolorowo.

Loncon zajmował obszary zaznaczone na kolorowo.

Czy ten mikrofon działa?

Powyższe słowa brzmią zapewne, jakby Loncon był najbardziej idealną imprezą świata. Nie był. Był konwentem, robionym przez fanów i dla fanów. Skoro profesjonalnie zorganizowane wydarzenia zaliczają wpadki techniczne, zdarzyć się muszą one także podczas amatorskiego konwentu. Czasem coś nie działało (ponoć zator na akredytacji pierwszego dnia to wina przejścia z papierowych formularzy na elektroniczne), ktoś zapomniał dostarczyć laptopa na prezentację, nie podpięto kabli i tak dalej. Uczestników witała dwustronicowa errata do programu w formacie A4, choć i tak najlepszym rozwiązaniem było korzystanie z aktualizowanej na bieżąco aplikacji z programem – w porównaniu z konwentowicz.pl trochę jej brakowało funkcjonalności. Jednak biorąc pod uwagę skalę wyzwania, cała konwentowa maszyneria działała sprawnie.

Największym mankamentem były niedokładne lub błędne opisy punktów programu. Np. „Getting Kickstarted in Games”, z udziałem m.in. Steve’a Jacksona (SJG) okazał się wymianą anegdotek związanych z crowdfundingiem i narzekaniem na Kickstartera. I choć było to ciekawe, tytuł i opis zapowiadały coś nieco innego. Podobnie prezentacja „The Critters of CONTACT”, dotycząca dorobku Contact Conference, okazała się jedynie prezentacją artystycznych wizji obcych stworzeń, wbrew opisowi sugerującemu jednak szersze omówienie rezultatów spotkań naukowców z pisarzami i artystami. Być może to jednak kwestia moich oczekiwań – z przyzwyczajenia spodziewałem się prelekcji-wykładów, a nie swobodnej rozmowy.

Panel „Getting Kickstarted in Games”; pierwszy z prawej: Steve Jackson (SJG).

Panel „Getting Kickstarted in Games”; pierwszy z prawej: Steve Jackson (SJG).

Podyskutujmy o Marsjanach

Panele dyskusyjne to ciekawe rozwiązanie, rzadko spotykane na polskich konwentach. Oczywiście pod warunkiem, że uczestnicy mają coś ciekawego do powiedzenia, a jedna lub dwie osoby z sali nie zdominują dyskusji ze słuchaczami, co niestety się zdarzało. To jednak kwestia sprawnego moderatora. Poza tym programowi nie mam nic do zarzucenia. Działo się tyle, że czasem trudno było się zdecydować, gdzie pójść. Od spotkań z pisarzami, przez prelekcje naukowe (przygotowane m.in. przez reprezentantów British Interplanetary Society), po pogadanki o serialach, filmach i literaturze oraz warsztaty (projektowania kostiumów, tworzenia gier itp.) i punkty programu dla dzieci – każdy mógł znaleźć tam coś dla siebie. Dodatkowo podczas konwentu działał niewielki gamesroom, w którym można było pograć w gry fabularne, karciane i planszówki, a wieczorem pobawić się na LARP-ie. Funkcjonowała również dobrze zaopatrzona, aczkolwiek dość mała, przestrzeń targowa – głównie książki i gadżety, od przypinek po quadrocoptery. Był też całkiem dobrze zaopatrzony erpegowy antykwariat, w którym nabyłem The Mega Role‑Playing System z 1987 r., grę napisaną przez Norwegów i wydaną po angielsku przez Mega Games, oraz F’dech Fo’s Tomb, moduł do AD&D 1e wydany w 1981 r. przez Judge’s Guild.

Dogodna lokalizacja Lonconu (dolot z Polski zajmował niewiele dłużej niż dojazd z obrzeży Londynu) zaowocowała polskim akcentem. Polscy fani byli obecni nie tylko wśród gopherów (konwentowa obsługa składająca się z ochotników) i zwykłych uczestników (w sumie kilkadziesiąt osób). Współtworzyli także program imprezy. Staszek Krawczyk (znany również jako Scobin) opowiadał o polskiej fantastyce, niuansach kulturowych tłumaczenia tekstów, badaniu środowiska fanów oraz o społecznych kontekstach polskiej fantastyki w PRL. Była jeszcze co najmniej jedna prelegentka z Polski, niestety nie zapisałem nazwiska.

Staszek Krawczyk opowiada o polskiej fantastyce.

Staszek Krawczyk opowiada o polskiej fantastyce.

Sporo punktów programu dotyczyło treści skierowanych do nastolatków (young adult). Najwyraźniej ten segment rynku ma się w UK i na świecie na tyle dobrze, że warto o nim dyskutować, rozważać problemy i analizować, co zrobić lepiej, żeby przyciągnąć młodych czytelników do fantastyki. Prawdę mówiąc, nie wiem, czy na polskim rynku wydawniczym pojawili się już inni autorzy niż Rafał Kosik i Andrzej Pilipiuk (pomijam tłumaczenie Harry’ego Pottera i podobnych książek); kiedyś można było jeszcze poczytać książki Kira Bułyczowa o Alicji, od dawna chyba niewznawiane.

W programie były także m.in. projekcje filmów, pogadanki w konwentowej galerii oraz spotkania fanów na terenie Fan Village (dużej sali zastawionej namiotami i barem). Przeszedłem się na spotkanie miłośników serialu Babylon 5, gdzie urządziliśmy sobie grupę wsparcia („Hi. My name is Marcin and I am a Babylon 5 fan”.). Fan Village zasługuje zresztą na osobną wzmiankę. Można tam było poznać ekipy starające się o organizację kolejnych Worldconów (wszyscy kibicujemy Helsinkom, żeby wygrały Worldcon 2017), napić się piwa, a także wziąć udział w wieczornych imprezach. Tak, na konwencie serwowano i pito alkohol – i ten z wyszynku (kilka rodzajów angielskiego ale), i ten prywatny, przy zgodzie i udziale organizatorów. Nie widziałem nikogo pijanego. Nie wpadł też z pretensjami fiskus, sanepid ani inna właściwa służba – mimo że poza trunkami niektórzy uczestnicy konwentu serwowali jedzenie. Zwycięska ekipa z Kansas City (zdobyli Worldcon 2016, Pat Cadigan omawiająca imprezę była niesamowita) zrobiła nawet barbeque! Co prawda mięsa nie grillowano na miejscu, jednak zatruć chyba nie stwierdzono; smakołyki serwowano z zachowaniem zasad BHP, w rękawiczkach.

Plakat reklamujący kandydaturę Helsinek jako organizatora Worldconu 2017.

Plakat reklamujący kandydaturę Helsinek jako organizatora Worldconu 2017.

Przybysze z USA byli nieco zaskoczeni wieczornym funkcjonowaniem „fanowskiej osady”. Tam konwentowe imprezy, np. te związane z kandydaturami do organizowania kolejnych Worldconów, odbywają się w hotelach przy konwentowych centrach konferencyjnych. Jak to jednak wyjaśniono, różnice w cenie powierzchni hotelowej w USA i UK są tak duże, że jedynym sensownym rozwiązaniem było przeniesienie imprez na teren Lonconu. Dodatkowym plusem takiego rozwiązania było umożliwienie lepszej integracji fanom z różnych zakątków świata – od jednego namiotu do drugiego było tylko kilka kroków.

Interesującym doświadczeniem były piątkowe i sobotnie poranne spotkania, na których uczestnicy konwentu mogli przekazać organizatorom swoją opinię o imprezie, zgłosić problemy, zadać pytania itp. Poruszano różne sprawy, od zatorów na schodach, po brak informacji dla przybyszów spoza Imperium Brytyjskiego, którzy najwyraźniej nie wiedzieli, że na ruchomych schodach stoi się po prawej stronie, a chodzi po lewej. Poza marudzeniem („dlaczego nikt na stronie konwentu nie napisał, że budżetowy hotel w Europie jest o klasę niżej od budżetowego hotelu w USA?”) chwalono także organizację, pracę gopherów i samą imprezę. Myślę, że takie spotkania powinny pojawić się także na polskich konwentach. Wczesna godzina (9 rano) to wystarczająco wysoki próg wejścia, żeby pojawili się tylko naprawdę zainteresowani. Lepiej dowiedzieć się podczas imprezy, co nie działa, i spróbować to wyjaśnić lub naprawić, niż obrywać potem w relacjach.

W części drugiej:

Co ma gopher z gopherzenia? O czym rozmawiają fani? Czy Helsinki mają szansę zdobyć Worldcon 2017? Czytaj dalej.

[PS. Relację Blanche z Worldconu 2014 można przeczytać na jej blogu „Machina Parowa”: część pierwsza, część druga.]

 Zamieścił: dn. 25/08/2014 o 13:33

  3 komentarze do “Loncon 3 – dobrze być fanem (część 1)”

Komentarze (3)
  1. W Norwegii też stoi się po prawej stronie, a idzie po lewej. Myślałem, że to tylko w Polsce stoi się po prawej stronie, a stoi i je cebulę po lewej. :)

  2. „Była jeszcze co najmniej jedna prelegentka z Polski, niestety nie zapisałem nazwiska.” – Monika Drzewiecka z Uniwersytetu Gdańskiego. A http://en.wikipedia.org/wiki/Marek_Kukula jest Brytyjczykiem polskiego pochodzenia.

 Zostaw odpowiedź