k30 + k30
Właśnie mija mi trzydzieści lat z grami fabularnymi. Pierwszą sesję poprowadziłem pod koniec czerwca lub na początku lipca 1994 roku (Oko Yrrhedesa z „Magii i Miecz” 7/94). Za chwilę, w okolicach września, stukną mi także trzy dekady od pierwszego kontaktu z fandomem – bardzo nieśmiałego, co prawda, ale już dawno uznałem, że kontakt to kontakt i nie ma sensu się rozdrabniać. Przekroczyłem próg jedną nogą i nie było już odwrotu. RPG stało się bramą do fandomu miłośników fantastyki i od tamtej pory nigdy nie zdarzyło mi się rozdzielać tych dwóch aktywności.
W ciągu tych trzydziestu lat grania i działalności fanowskiej poznałem wielu ludzi. Z niektórymi się dogadałem, z innymi nie – jak to w życiu. Z częścią z nich wciąż mam kontakt. Inni zniknęli z mojego radaru lub to ja im zniknąłem z pola widzenia. Ktoś odchodził, ktoś się pojawiał, podobnie kontakty zamierały lub odżywały. Niektóre relacje rozsypywały się nagle z różnych przyczyn, inne erodowały latami. Bywało też odwrotnie i z czasem poznawałem kogoś bliżej lub nawiązana lata temu znajomość wchodziła w nowy etap.
Z paroma osobami poznanymi na mojej fandomowej drodze znam się już ponad dwadzieścia lat. To dość czasu, żeby się zorientować, na jakim etapie relacji jesteśmy. Bywa więc i tak, że przez parę (albo i paręnaście) lat mijamy się na konwentach, cieszymy się ze spotkania – i to w zasadzie tyle. Nagle pewnego dnia lądujemy razem przy jakiejś inicjatywie i rozmawiamy, jakby wcale nie minął rok, dwa, dziesięć, tylko dzień lub dwa. Iskra porozumienia wciąż się tli, ukryta pod stertą codzienności, ale wystarczy jeden mocniejszy podmuch, żeby rozgorzała na nowo. Takie niekiedy – wydawałoby się – ulotne kontakty czasami zmieniają się w coś trwalszego lub o wiele głębszego niż można by się spodziewać.
Każda z poznanych przez te trzy dekady osób wniosła coś do mojego życia. Przelotnie lub trwale, ale zawsze było to coś, co pomagało mi sterować moją (głównie) fandomową wędrówką mniej więcej we właściwym kierunku. Oczywiście po drodze były też źle wybrane ścieżki, ślepe zaułki i rozczarowania – po obu stronach. Zdecydowanie więcej było jednak wsparcia, bliskości, ciepła, dobrych słów i pomocnych dłoni. Były też kłótnie, trzaskanie drzwiami, większe i mniejsze wojny. Wiadomo, nie da się lubić wszystkich – i być przez wszystkich lubianym – a każdy ma swoje zdanie na dany temat, które nie jest kompatybilne z moim podejściem (i odwrotnie). Co najważniejsze, część relacji przetrwała wszelkie burze i zawirowania i są dzisiaj tam, gdzie najwyraźniej miały być, gdyż tak chciał los lub tak sprawiły dziwne ścieżki, jakimi chadzają kontakty międzyludzkie.
I to jest chyba w tym wszystkim najważniejsze. Dogadaliśmy się, mimo że bywam wredną i złośliwą małpą. Mimo że nie miewam czasu. Mimo różnicy zdań na wiele tematów. Mimo że nie pytam co tydzień „co u ciebie”. Mimo różnych gorszych chwil, które na szczęście nie zasłoniły tych lepszych, fajniejszych momentów. Mimo wszystkiego innego – a może właśnie dzięki temu. A nawet jeśli się nie dogadaliśmy i kiedy mnie widzisz, to zgrzytasz zębami – i vice versa – to też jest to istotne.
Patrząc na to wszystko szerzej, fandom to moje plemię. Jak to jest w takich przypadkach, nasza relacja bywa trudna: obok wszystkich dobrych chwil pojawiają się zmęczenie, zniechęcenie, odmienne wizje i różne zdania na temat tego, co jest i co powinno być. Nie wyobrażam sobie jednak życia bez fandomu i bez tworzących go ludzi. Bez tej mieszanki entuzjazmu, szczęścia, zapału i życzliwości. Mimo że czasem idzie na noże. Mimo że czasami zastanawiam się, czy to wszystko ma sens. Mimo że… wiele rzeczy. Jednak za każdym razem ktoś stojący obok poda dłoń, poklepie po ramieniu, powie, żeby wrzucić na luz albo przeciwnie, docisnąć gaz do dechy. To cudowne uczucie wiedzieć, że są wokół mnie tacy ludzie.
Nie będę tutaj nikogo wymieniał z nazwiska. Życia by nie starczyło, a jeszcze bym przypadkiem kogoś pominął i byłby problem. Jeżeli tylko nasze ścieżki kiedyś się przecięły, to wiecie, że chodzi o was. Dziękuję za te trzy dekady. Za wszystkie słowa. Za chwile, które tak łatwo nie przepadną w czasie. Za rozmowy i milczenie. Za momenty niesamowitej radości, smutku i zadumy. Za udane i nieudane przedsięwzięcia. Za to, że byliście tam i wtedy, gdzie i kiedy trzeba było być – lub że właśnie was tam i wtedy nie było. Wreszcie za każdy uśmiech. Cieszę się, że się spotkaliśmy. I choć czasem była to jazda bez trzymanki z zamkniętymi oczami, a wypatrywane szczęśliwe zakończenie nie nadeszło, to myślę, że wszyscy ruszyliśmy w dalszą drogę bogatsi o pewne doświadczenia – także te złe, ponieważ niekiedy to właśnie one dają najwięcej.
Mam nadzieję, że przez najbliższe trzydzieści lat nadal będziemy się spotykać na fandomowych szlakach, zdobywając kolejne punkty doświadczenia. A kiedy za następne trzy dekady rozejrzę się dookoła, zobaczę was wszystkich – i wiele nowych twarzy, które spotkam po drodze. Do zobaczenia. :)









Gratuluję jubileuszu i stażu! Tylko żebyś więcej pisał, choćby jakieś mikrorecenzje. :)
Na razie ciężko, ale może, może… ;)