Paź 072019
 

To będzie tekst o fandomie. O tym, czym jest i trochę także o tym, czym nie jest, oraz o fanach i ich zajęciach. A także o tym, jak ja to wszystko widzę i się w tym odnajduję. Część wrzuciłem jakiś czas temu na Facebooka przy okazji krótkiej dyskusji, która zaczęła się od stwierdzenia, że „kiedyś było lepiej”, by w pewnym momencie zahaczyć o kwestię robienia czegoś fanowsko lub komercyjnie. Parę fragmentów zaczerpnąłem z mojego artykułu Ten straszny fandom opublikowanego w pierwszym numerze reaktywowanej „Magii i Miecz”. Całość przerobiłem nieco, poukładałem, uzupełniłem. Niedawno znów mignęła mi w sieci podobna rozmowa, naszpikowana hasłami, które najkrócej można by chyba podsumować hasłami „ktoś śmie robić coś za darmo” oraz „za pracę należy się wynagrodzenie”. Chciałbym się do tego wszystkiego odnieść. Zgadzam się, że za pracę należy się wynagrodzenie, lecz działalność fanowska to nie praca. Zacznę jednak od początku.

Skąd się wzięliśmy

Słowo „fandom” to zapożyczone z języka angielskiego określenie społeczności fanów. W tym tekście będzie używane jako synonim społeczność fanów science fiction (lecz nie zwyczajnych miłośników fantastyki – o czym dalej). Takie było pierwotne środowiskowe znaczenie tego słowa po tym, jak fani s-f „pożyczyli” je od miłośników sportu. Właśnie na tym fandomie się skupię.

Na marginesie, dzisiaj (sub)fandomów jest wiele – od fanów literatury fantastycznej, przez gry fabularne i planszowe, po wielkie roboty, anime, kucyki i Doktora. Linie podziału nie są sztywne, mniejsze zbiorowości fanów wchodzą w skład większych, a pojedyncza osoba może należeć do wielu fandomów. Na potrzeby definiowania mojej własnej fanowskiej tożsamości, uważam polskie środowisko fanów gier fabularnych za odnogę „głównego” fandomu s-f, nie za osobną zbiorowość. Zapewne dzisiaj jest to bardziej odseparowane środowisko, niż kiedy stawiałem swoje pierwsze fandomowe kroki 25 lat temu, nie umiem jednak myśleć o tym w inny sposób.

Ad rem. Ruch fanowski narodził się w USA w drugiej połowie lat 20. XX wieku na łamach czasopisma „Amazing Stories” publikującego opowiadania science fiction. Hugo Gernsback, wydawca i redaktor naczelny pisma, poczynając od wydania ze stycznia 1927 roku (jeśli dobrze się doszukałem), zamieszczał w nim listy i adresy czytelników (ponoć z braku tekstów potrzebnych do wypełnienia numeru). Stało się to przyczynkiem do wymiany korespondencji, spotkań i zawiązywania się pierwszych społeczności fanów, zarówno lokalnych, jak i na odległość – budowanych wokół czasopism, i tych z oficjalnego obiegu, jak i fanzinów. Od tego czasu fani spotykali się, korespondowali, dyskutowali, wymieniali się uwagami na temat hobby, a także swoją twórczością, jako że wielu z nich próbowało swych sił jako autorzy opowiadań i powieści. Niedługo później z takich kontaktów narodziła się idea zorganizowania pierwszego konwentu. Fani odkryli, że wspólnymi siłami można wiele osiągnąć. Tak powstał fandom.

„Amazing Stories”, styczeń 1927 r. Prawdopodobnie pierwsza kolumna z listami od czytelników.

Mijały lata, do fanów fantastyki naukowej dołączyli inni: miłośnicy fantasy, horroru, wreszcie gier – tym bardziej że te środowiska często się przenikały. Dyskutowali, organizowali konwenty, pisali, rysowali, grali. Niektórzy zostawali wydawcami i autorami, inni nie przekraczali umownych amatorskich granic bycia fanem, wciąż tworząc i publikując w ramach hobby, dla frajdy. Wszyscy razem budowali wielką fantastyczną społeczność. Tak jest zresztą i dzisiaj, choć papierowe listy zastąpione zostały przez e-maile, a kolumny z korespondencją – przez portale społecznościowe; tylko na konwent wciąż trzeba pojechać osobiście, zamiast wysyłać swojego awatara (choć zdarzają się już przypadki teleobecności za pomocą robotów z ekranem).

Tym właśnie jest fandom – społecznością, której członków łączą wspólne zainteresowania i aktywności oraz działanie dla dobra całego środowiska.

Co nas definiuje

Po pierwsze i najważniejsze: fani. W kontekście fandomu s-f „fan” nie jest zwyczajnym miłośnikiem czegoś w potocznym rozumieniu tego słowa. Nie jest po prostu konsumentem dóbr kultury. Fan działa dla dobra fanowskiej społeczności, buduje sieć powiązań z innymi fanami, tworzy, oferuje swoją pomoc, daje coś od siebie. Co ważne, robi to dla własnej satysfakcji, w czasie wolnym i za darmo, dla samej radości obcowania ze swoim hobby i dzielenia się nim. To bardzo istotne wyróżniki, definiujące fana w tym specyficznym kontekście. Mam bowiem wrażenie, że czasem myślimy i mówimy o różnych pojęciach, które – tak się złożyło – nazywają się tak samo. Do kwestii „za darmo” wrócę za chwilę.

Działalność fanowska obejmuje różne rzeczy: organizowanie konwentów, publikowanie, wymienianie opinii. Wszystko, czym zajmują się fani, może być przejawem działalności fanowskiej. Pod jednym warunkiem: jest to aktywność nienastawiona na zysk. W fandomie działa kultura darów: fani oferują swój czas – lubię mówić, że jest to jedna z konwentowych walut – i umiejętności, by zrobić coś fajnego i nie oczekują za to wynagrodzenia. W zamian otrzymują to samo oraz drugą walutę – feedback. Fandom stoi barterem – dzisiaj ja pomogę tobie, jutro ty pomożesz mi, a wspólnie pomożemy jeszcze komuś innemu.

Wszystko to razem definiuje ruch fanowski, czyli fandom. To struktura stworzona z osób, które bezinteresownie działają na rzecz społeczności miłośników fantastyki, by wspólnie cieszyć się swoją pasją. To także pozwala mniej więcej określić, kto jest w fandomie (choć granice są nieco rozmyte, a dyskusja nad definicją będzie zapewne trwała wiecznie), choć może łatwiej jest stwierdzić, kto w nim nie jest. Nie ma w nim osób mających wyłącznie konsumenckie podejście do fantastyki – po prostu ją lubią, czytają, oglądają, nie potrzebują jednak kontaktu z innymi fanami i zaangażowania w społeczność. Częściowo nie bywają też w fandomie ludzie, którzy na fantastyce zarabiają – umownie i w wielkim skrócie są to wszelkiego rodzaju „profesjonaliści”: wydawcy, twórcy, sprzedawcy i tak dalej. Częściowo, ponieważ można być pro i nadal działać w środowisku fanowskim. Dla przykładu George R. R. Martin i Piotr W. Cholewa zajmują się fantastyką zawodowo, a prócz tego wciąż czują się fanami i udzielają się w fandomie. Z drugiej strony Lem pisywał fantastykę, lecz wedle zasłyszanych opowieści ze środowiskiem fanów bliższych kontaktów nie utrzymywał. Podobnie wytwórcy i sprzedawcy wszelkich fantastycznych gadżetów – nie wszyscy będą zaangażowani w ruch fanowski, a wystawienie sklepu na konwencie nie włącza nikogo automatycznie do fandomu. Tutaj również nie ma ostrej granicy, ponieważ „poczucia związków z fandomem” nie da się zmierzyć. Najprostszymi wyznacznikami będą chyba właśnie zaangażowanie w sprawy środowiska, chęć pomocy, potrzeba integracji. Są twórcy, którzy czują wieź z fanami. Są też tacy, dla których „fandom” to po prostu kolejna grupa klientów.

Identyfikator z mojego pierwszego konwentu (tak, inna ksywa ;))

Koszt bycia fanem

Pozwolę sobie teraz wrócić do wspomnianej kwestii „za darmo”, która ostatnio coraz częściej przywoływana jest podczas różnych dysput. Bycie fanem generuje koszty, ponieważ każde hobby kosztuje. Działalność nienastawiona na zysk także generuje koszty – taką właśnie jest działalność fanowska. Bycie fanem nie oznacza jednak, że nie można poprosić innych fanów o partycypację w owych kosztach. Niektórych rzeczy nie da się zresztą zrobić inaczej. Konwent to impreza składkowa – opłata akredytacyjna służy temu, żeby przez parę dni mieć miejsce do wspólnego spędzania czasu. Fanziny bywają sprzedawane po kosztach druku. Składki klubowe idą na opłacenie rachunków. I tak dalej. Wyznacznik jest jeden: działalność nie może być nastawiona na osobisty zysk osób zaangażowanych. Kiedy tak się dzieje, nie jest to już aktywność fanowska, tylko komercyjna.

Nie ma nic złego w komercjalizacji hobby. Wielu profesjonalistów zaczynało zresztą w fandomie. Trzeba się także cieszyć, że dzisiaj mamy o wiele lepsze możliwości wejścia na rynek niż kilkanaście lat temu. Ważne, by pamiętać, że działalność zarobkowa nie jest działalnością fanowską. Niekiedy taką granicę trudno wyznaczyć, podziały bywają nieostre, a kryteria są nieprecyzyjne. W końcu bawimy się w hobby, nie pracę, i nikt nie będzie pisał ustaw na ten temat. Można jednak przyjąć prosty wyznacznik: jeśli coś opłaca rachunki i dostarcza środków do życia, to przestaje być działalnością fanowską. Pobieranie wynagrodzenia za robienie konwentów, za publikowane treści, za wygłaszanie prelekcji, za udział w wydarzeniach i tym podobne – to praca. Można robić komercyjną imprezę, dawać odczyty za wynagrodzeniem – żaden problem, tylko że nie będzie to fanowski konwent ani prelekcja na nim i nie powinno się ich tak nazywać.

W sieciowych dyskusjach podnoszone są kwestie, że czasy się zmieniły i pora, by w fandomie pojawiły się pieniądze, że teraz łatwiej poprosić o kasę, że „się należy”. Za pracę nad komercyjnym przedsięwzięciem oczywiście należy się wynagrodzenie. Działalność fanowska nie jest jednak pracą – to osobista decyzja dotycząca zarządzania czasem wolnym i innymi zasobami, także finansowymi, w ramach uprawianego hobby. Taka właśnie idea stoi za fandomem – obojętne, czy będę rozładowywał tira, redagował teksty, pilnował kolejek na konwentowe spotkania, będę to robił z własnej woli, poświęcając czas i inne rzeczy, by konwent mógł się odbyć, by jakaś gra ujrzała światło dzienne. I zrobię to z przyjemnością. Jeżeli ktoś uważa, że za podobne rzeczy należy mu się wynagrodzenie, to nie ma w tym nic złego – tylko niech nazwie to pracą, a nie działalnością fanowską.

Nie ma też nic złego w działalności komercyjnej. Warto tylko pamiętać, gdzie leży granica i być świadomym, że „fanowski” ma w kontekście fandomu bardzo konkretne znaczenie. Prawdopodobnie tutaj właśnie dochodzi do największego nieporozumienia. Ktoś myśli o sobie: „jestem miłośnikiem X, mam pomysł na biznes, będę zarabiał jako fan X”. Fan – miłośnik, nie fan – ktoś aktywny w fandomie. Różnica dla osoby spoza środowiska jest niezauważalna, dla nas – szalenie istotna. Jestem fanem, robię dla społeczności to, na co mam ochotę lub czego akurat potrzeba – w czasie wolnym, za darmo, z własnej, nieprzymuszonej woli. Chcę to zrobić, uważam, że warto, bawi mnie to, daje satysfakcję. Nie wezmę za to pieniędzy, a być może nawet dopłacę. I sprawi mi to niesamowitą radość.

Mój pierwszy Imladris (2000 r.) i jednocześnie pierwszy raz, kiedy coś robiłem na konwencie (obsługa, konkurs komiksowy)

Fandom i ja

Jestem fanem od 25 lat. Od chwili wysłania pierwszego listu do czasopisma i poznania dzięki temu paru osób, choć na aktywne włączenie się na żywo w społeczność musiałem poczekać parę lat (na szczęście był już wtedy w Polsce internet). Działałem w klubie miłośników fantastyki, robiłem konwenty, publikowałem w różnych miejscach, wydawałem fanzin, redagowałem teksty, pomogłem wydać parę gier. Robiłem to dla własnej satysfakcji i radości tworzenia czegoś fajnego wraz z grupa podobnych mi ludzi. Właśnie to sprawiło, że pokochałem fandom. Zbieramy się razem i wspólnymi siłami robimy coś fajnego, a potem bawimy się razem, ciesząc się wynikiem wspólnej pracy. Byłem niesamowicie szczęśliwy, gdy wreszcie przełamałem się i spytałem cudownych ludzi z Galicyjskiej Gildii Fanów Fantastyki, czy i jak mogę pomóc przy organizacji konwentu. Po Imladrisie w 2000 roku nic już nie było takie samo. Po ponad dwóch dekadach wiem, że nie potrafię żyć bez działalności fanowskiej. Zachodni fandom ma na to określenie: Fandom is a way of life.

Dla kontrastu, czasem zdarza mi się zrobić coś komercyjnie, za wynagrodzeniem – napisać tekst do czasopisma, zredagować tekst i tak dalej. Rozdzielam te sfery działalności. Fanowskie rzeczy robię fanowsko, komercyjne – płatnie. Nie twierdzę jednak, że to, za co mi płacą, robię jako fan. Mogę coś robić, ponieważ lubię produkt, proces redakcji tekstu, twórców – i jako miłośnik danej rzeczy za pracę zażyczę sobie adekwatnego wynagrodzenia.

Fan robi tyle, ile może i chce. To bardzo ważna kwestia, o której się zapomina. Nikt nikogo do niczego nie zmusza, nikt nie oczekuje poświęceń. Możesz – pomagasz. Nie możesz – nikt nie powie złego słowa. Na Worldconie w Dublinie zapłaciłem akredytację – którą płacili wszyscy z wyjątkiem kilku gości honorowych, a nikt z organizatorów nie dostawał tam wynagrodzenia – i dodatkowo oddałem konwentowi 31 godzin, pomagając, jak potrafiłem najlepiej. Czwarty numer „Spotkań Losowych” wymagał jakiś 100 godzin pracy, jeśli nie więcej. Łącznie nad zinem spędziłem pewnie koło 300 roboczogodzin i świetnie się przy tym bawiłem, mimo że nikt mi nie płacił (do tego należy doliczyć czas wszystkich osób, które pomagały – również fanowsko). Zrobiłem to, ponieważ mogłem i miałem na to ochotę. Nie pod przymusem. To też trochę wyjaśnia, dlaczego wciąż nie ma kolejnego wydania – nie jestem w stanie oddać mu tyle czasu, ile potrzebuje.

Staram się, by to, co robię fanowsko, pozostawało w równowadze z całą resztą mojego życia – jej brak już przerabiałem i w sumie wyrabiałem pewnie dodatkowe pół etatu, jeśli nie więcej, co było męczące, frustrujące i nie prowadziło do niczego dobrego. Bywa zatem, że nie mam czasu bądź ochoty. Co zresztą widać. Z rzadka podłubię coś na blogu, w coś się zaangażuję (np. w kolejną edycję TROLL-a). Na więcej nie pozwala mi „proza życia”, a czasem także lenistwo. Jeśli chodzi o koszty, to ograniczam wydatki tam, gdzie mogę. Korzystam z darmowych narzędzi i innych fajnych rozwiązań. Co prawda opłacam kilka domen i hosting, lecz gdy już nie będę mógł tego robić, to przeniosę się w darmowe miejsca i nic nie będę płacił (są inne metody niż zabieganie o zwrot kosztów). To zresztą tylko przykłady. Poradzę sobie z dowolnym problemem, znajdę sposób, jak wiele fanów i fanek przede mną.

Ruch fanowski istnieje już od 90 lat. Skupia ludzi bezinteresownie oddających swój czas i umiejętności, by stworzyć coś wielkiego: niesamowitą społeczność, która może wszystko, gdyż siła fanów jest nie do przecenienia. Fandom nie jest liczny. Jest za to silny duchem i leżącą u jego podstaw ideą działalności fanowskiej i wspólnej zabawy, dokładania małych cegiełek, z których powstają wielkie rzeczy. Jestem dumny z bycia fanem i zawsze będę starał się dać coś fandomowi od siebie. W czasie wolnym, dla mojej satysfakcji, za darmo (bądź po kosztach) oraz – mam nadzieję – z pożytkiem dla innych.

PS. Gdyby ktoś miał ochotę poczytać więcej o fandomowej historii, kontekście, definicjach itp., polecam Fancyclopedię. Pierwsze wydanie miała w 1944 roku. To niesamowite źródło wiedzy na temat fandomu, od jego początków po czasy obecne.

25 lat temu nigdy bym nie pomyślał, że będę miał okazję pomóc przy Worldconie

 Zamieścił: dn. 07/10/2019 o 23:57

  4 komentarze do “Fandom, fani i działalność fanowska”

Komentarze (4)
  1. Co jakiś czas musisz napisać ten tekst jeszcze raz albo wkleić go w nowe miejsce. Może dzięki temu, za każdym razem, przesłanie dotrze do kolejnych osób.

    • Na przesłanie jest za długi. Może kiedyś zrobię wersję tl;dr. Poza tym już usłyszałem o przywilejach, progach dochodowych i podobnych, tak wiec tego. ;)

      • Wersja tl;dr już chyba powstała samoistnie i brzmi: „robisz za darmo – jesteś fanem, weźmiesz pieniądz – won z fandomu!”. Tak przynajmniej wnoszę z wypowiedzi komentujących na fejsie.

        • Czytanie bez zrozumienia – lub nieprzeczytanie i zabieranie głosu. Z tym niewiele zrobię. Można by zacząć od „Fandom jest inicjatywa niekomercyjną”. ;) Jedną z pierwszych rzeczy, jakie my wyjaśniono, było to, że jesteśmy tu, bo chcemy i lubimy, konwent powinien wyjść na zero, nadwyżki pójdą na kolejny. Może trzeba edukować od podstaw, bo faktycznie coraz to nowe osoby widzą w tym okazję do robienia pieniędzy – spoko, ale to są drzwi obok.

 Zostaw odpowiedź