Sty 012017
 
Dwie dekady z życia fana

W 2016 roku stuknęło mi dwadzieścia lat w fandomie, licząc od pierwszego wyjazdu na konwent w 1996 roku. Był to Necrofobos ‘96 w Kołobrzegu. Z imprezy pamiętam przede wszystkim czternaście lub więcej godzin spędzonych w pociągu, kinowy seans Conana Barbarzyńcy, rejs statkiem, wampirzy larp w miejskim parku oraz przeglądanie podręcznika do Earthdawna.

Byłem wtedy zupełnie zielonym konwentowiczem. Na necrofobosowej akredytacji spytali mnie o „ksywę” do zapisania na identyfikatorze. Zgłupiałem. Co prawda kumple w szkole wołali już na mnie „Seji”, lecz wtedy zupełnie zbaraniałem i nie miałem pojęcia, o co chodzi. Gdy mi wreszcie wytłumaczono, co to „ksywa”, wybąkałem, żeby wpisali imię mojej postaci do Warhammera, kislevskiego banity imieniem Alexei (chyba nadal mam jej kartę postaci). Na kolejnym konwencie byłem już o wiele mądrzejszy. Poniżej zamieszczam fotkę identyfikatora oraz pierwszą i ostatnią stronę konwentowej gazetki, służącej chyba także za informator (nie pamiętam, dawno to było ;)).

Kolejny konwent, Krakon, odwiedziłem dopiero w 1999 roku. Wcześniej jednak w moim życiu pojawił się Internet. Stało się to za sprawą szkolnej pracowni komputerowej, która od 1996 roku zyskała możliwość łączenia się z globalną siecią. Potem przesiadłem się na własny modem (USRobotics FTW!). Ktoś wie, czy numer 0202122 wciąż działa?

W „Magii i Mieczu”, poczynając od numeru 4(16)/95, regularnie pojawiały się adresy zasobów sieciowych dotyczących RPG. Wydaje mi się, że właśnie tam znalazłem informację o anglojęzycznej liście dyskusyjnej fanów Warhammera. To było świetne miejsce, zwłaszcza że udzielali się tam ludzie związani z wydawnictwem Hogshead Publishing: James Wallis, Anthony Ragan, Graeme Davis i paru innych. Chcąc przestać tylko lurkować, wysłałem na listę garść nowych czarów. Kilka z nich było mocno przegiętych, np. stworzenie wulkanu. Na mojego maila odpisał sam Graeme Davis. Okazało się, że parę zaklęć (tych mniej absurdalnych ;)) akurat pasowało do rozdziału o złodziejach mającego znaleźć się w planowanym dodatku Apocrypha 2: Chart of Darkness. I tak oto w 2000 roku zadebiutowałem jako autor erpegowych tekstów, do tego od razu w oficjalnym dodatku do mojego ukochanego systemu. Miałem tam całą jedną stronę! Co więcej, któregoś dnia przyszedł pocztą czek opiewający na 31 dolarów amerykańskich, moje pierwsze honorarium. Wciąż mam gdzieś zachomikowanego 1 dolara z tej wypłaty. Poniżej skan kopii listu i samego czeku (wypikselowane podpisy i takie tam; czek zabrał bank do realizacji i zostało mi tylko ksero). Jak widać, w planach był dodatek Apocrypha 3, niestety na zapowiedzi się skończyło.

Internet okazał się świetnym miejscem, zarówno do wyszukiwania informacji, jak i do prowadzenia zaciętych kłótni. Zwłaszcza gdy przesiadłem się na stałe łącze. Korzystałem ze wszystkiego, co tylko znalazłem w sieci: maile, grupy dyskusyjne, IRC, ICQ. Uczyłem się także HTML – przecież trzeba było mieć własną stronę (ktoś pamięta GeoCities?). Ściągałem hurtowo pliki (m.in. całe, olbrzymie archiwum tekstów do WFRP), prowadziłem korespondencję, poznałem niesamowitą ekipę z kanału #cthulhu-pl, a potem ludzi z #fantastyka. Toczyłem zajadłe boje na listach dyskusyjnych: warhammerowej wfrp-l, „Magii i Miecza”, „Portalu” i innych. To były czasy! Najfajniejsze w tym wszystkim było to, że fani Zewu Cthulhu Warhammera tworzyli świetne społeczności także poza siecią. Dzisiaj na konwentach nie widać już zwartych grup fanów poszczególnych systemów. Szkoda.

W sporej mierze przegapiłem za to Usenet. Trafiłem tam dość późno, lecz na szczęście udało mi się załapać na okres dużej aktywności grup pl.rec.gry.rpg i pl.rec.fantastyka.sf-f. Na obu głównie lurkowałem, brakowało mi wiedzy. Zwłaszcza pl.rec.gry.rpg była miejscem, gdzie dyskusje o grach fabularnych przewyższały poziomem wszystko, co było wówczas (a często i później) obecne w sieci. Teoria projektowania RPG, rozkładanie mechanik na czynniki pierwsze, ludzie znający po kilkadziesiąt systemów. Samo czytanie postów pozwalało spojrzeć na hobby z zupełnie innej strony.

W 1998 roku przeprowadziłem się do Krakowa na studia. W lutym 1999 roku poszedłem na mój pierwszy Krakon. Rok później dołączyłem do Galicyjskiej Gildii Fanów Fantastyki. Zacząłem też regularnie bywać na konwentach: Konkrety, Zahcony, Falkony, Dracoole, R-Kony, Grojkony, Wizkony, Krakony i Imladrisy – duzo tego było. Nie wszędzie dotarłem, czas i ograniczone finanse robiły swoje. Nie udało mi się nigdy pojechać na Szedariadę, ominęły mnie łódzkie U-boty, a na mój pierwszy Polcon trafiłem dopiero w 2006 roku (krakowski w 2002 roku robiłem głównie duchem, jako że w czasie trwania imprezy pracowicie zbierałem cukinię na niemieckich polach). Z drugiej strony miałem też okazję pomóc przy robieniu konwentów, a nawet jeden koordynowałem (Imladris X). To świetna zabawa, spróbujcie kiedyś. Nie będziecie żałować, tylko trochę się człowiek nie wysypia. ;)

Swoją drogą, policzyłem identyfikatory konwentowe. Wyszło mi, że w ciągu dwudziestu lat byłem na 85 86* konwentach (mniej więcej, pewnie coś się jeszcze wala po szafkach). Całkiem nieźle. Bywały lata, gdy odwiedzałem góra trzy lub cztery zloty, oraz takie, gdy bywałem na pięciu lub sześciu. Po latach udało mi się także dotrzeć na kilka zagranicznych imprez: londyński Loncon/Worldcon, bristolski Conquord oraz barceloński BCon/Eurocon. Teraz trzeba będzie dobić do setki.

Po drodze była jeszcze zabawa w tworzenie serwisów internetowych. Najpierw trafiłem na moment do „starej” Gildii, potem przez jakiś czas siedziałem na Valkiriii. Ostatni był Polter, gdzie zagrzałem miejsce na dłużej. W 2007 roku podziękowałem serwisowi i na stałe przeniosłem się na bloga. Od 2005 roku miałem bowiem blogaska na My Opera, takiego o wszystkim i o niczym, prowadzonego równolegle ze sprofilowanym growo-fantastycznym blogiem na Polterze. Tego drugiego porzuciłem po pożegnaniu się z serwisem. Ten pierwszy prowadzę nadal (właśnie go czytasz), od 2012 roku już pod własną domeną, z tematyką zawężoną tylko do hobby.

Mniej więcej wtedy zacząłem redagować teksty. Najpierw dla wydawnictwa MAG, gdzie przeglądałem dodatki do Gasnących Słońc pod kątem spójności terminologii. Potem na Polterze. Dużo się wtedy nauczyłem. Do pewnego momentu Polter był naprawdę świetnym miejscem do zdobywania wiedzy i eksperymentowania, przede wszystkim dzięki działającym tam wówczas ludziom. Było, minęło, nie wróci.

Przez pierwsze dziesięć lat w fandomie przede wszystkim poznawałem ludzi i starałem się angażować w różne aspekty fanowskiej aktywności: działanie w klubie, organizowanie konwentów, pisanie i redagowanie tekstów – w tym do „Magii i Miecza”. Potem znalazłem stałą pracę na etat zasoby czasu wolnego zmalały. Przestałem robić konwenty, mniej grałem, mniej jeździłem na zloty. Rozwiązaliśmy też GGFF, między innymi właśnie z braku czasu. Większość klubowiczów zaczęła dorosłe życie, a nie miał nas kto zastąpić. Początek mojej drugiej fandomowej dekady był dość spokojny, jeśli chodzi o fanowskie zajęcia. Potem jakoś się to wszystko unormowało. To zresztą kwestia priorytetów – albo serial, albo sesja. Albo książka, albo kawałek zredagowanego podręcznika. Od bycia fanem ciężko jest jednak uciec na dłużej.

W GGFF mieliśmy fajne legitymacje klubowe.

Praca przeszkadza w rozrywce, lecz bez niej ciężko mieć hobby. Taki paradoks. Tym bardziej cieszę się z tego, co udało mi się zrobić i przy czym pomóc, zwłaszcza w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Zredagowałem kilka podręczników do RPG, pomogłem odkurzyć STALKERA i wydać Tunnels & Trolls. Wróciłem na chwilę do robienia konwentów przy okazji dwóch edycji krakowskiego Lajconika. Teraz dłubię przy „Spotkaniach Losowych”, a od paru lat znów regularnie grywam w gry fabularne i planszowe. Znalazłem czas na zajęcie się przekładem Metamorphosis Alpha. Nie udaje mi się za to pisać o RPG ani publikować regularnie na blogu. Nie mam kiedy (choć na pewno postaram się dokończyć przeglądanie „Strategy & Tactics” – screeny mam gotowe, muszę je tylko podpisać). Wychodzi na to, że nie bloguję, ponieważ jestem fanem i mam za dużo fanowskich aktywności na głowie. To chyba najlepsze podsumowanie całej sytuacji.

Gdybym miał powiedzieć, co najbardziej cenię w fandomie, odpowiedziałbym, że ludzi. Fani są niesamowici, pełni energii i zapału, gotowi do bezinteresownej pomocy. Samotny fan może zdziałać wiele, lecz z niektórymi rzeczami nie da sobie rady. Za to grupa fanów może zrobić wszystko – i jeszcze więcej. Mam nadzieję, że to się nie zmieni. Sprawdzę i zdam relację za kolejne dwadzieścia lat. :)

Rok 2016 w życiu fana

Najważniejsze: udało się przez kolejny rok utrzymać regularne granie – czasem w RPG, kiedy indziej w planszówki. Jest fajnie, ekipa świetna, można się pobawić. Wciąż zbieramy się co tydzień mimo licznych obowiązków. Jeszcze raz składam podziękowania Zefirowi za pomysł, by ustalić jedną porę i zawsze w coś grac, nawet gdy przyjdą tylko dwie lub trzy osoby. Inaczej wszystko padnie. To działa. :)

Ukazał się czwarty numer „Spotkań Losowych”. Jestem z niego strasznie zadowolony. Po pierwsze dlatego, że wyszedł. Po drugie, ponieważ znalazły się w nim fajne teksty. Po trzecie: Shannon Appelcline, Jon Peterson, Lee Gold, Jennell Jaquays, Liz Danforth. Pierwszy raz wszystko poszło zgodnie z planem, a dodatkowo udało się dogadać publikację Kina zombie (no i mieliśmy rysunek autorstwa Liz Danforth, przesłany zamiast zdjęcia :)). Pewnie się powtórzę: hasło „fanzin” otwiera wiele drzwi, nawet takich zabitych niekiedy na głucho. Co dalej z „SL”? Piąty numer ukaże się być może w drugiej połowie 2017 roku, nie wcześniej. A potem zobaczymy, co się stanie.

Gdyby ktoś był ciekaw, to SL #4 w wersji ekranowej pobrano od dnia premiery 235 razy. To niedużo. Co prawda statystyki nie zliczają bezpośredniego linkowania do plików oraz źródeł kliknięć innych niż WWW., lecz nie wydaje mi się, by miało to istotne przełożenie na cyferki (może należałoby doliczyć 10% pobrań, nie więcej). Ważniejsze jest to, że czasem na konwentach słyszę, że ktoś „Spotkania Losowe” przeczytał i był zadowolony z lektury. I właśnie o to w tym wszystkim chodzi, a nie o liczbę kliknięć. Po to jestem fanem, żeby mieć radość i satysfakcję z własnej pracy. Robię to, co lubię, przede wszystkim dlatego, że daje mi to masę frajdy – nie dla pobrań, lajków czy wpłat na konto.

W ramach wyłapywania litrówek pomogłem przy redakcji Krwiożerczych duchów. To niewielka gra fabularna w konwencji horroru przeznaczona dla dwóch osób. Na więcej projektów nie wystarczyło czasu, zwłaszcza na pewną grę o kryptonimie „ARRR!”. Trzeba będzie nieco nadgonić robotę.

Zeszły rok to także mój tłumaczeniowy debiut, czyli przygotowanie polskiego wydania Metamorphosis Alpha. Bardzo się staraliśmy (my, czyli k6 trolli), żeby gra ukazała się w 2016 roku. Nie udało się, zabrakło nam paru tygodni. Co się jednak odwlecze, to nie zmutuje. Tekst jest gotowy, nanosimy ostatnie poprawki, szykujemy premierę. To moje pierwsze tak obszerne tłumaczenie. Nie wiem, czy będą kolejne okazje i czy stanąłem na wysokości zadania. Najwyżej okaże się, że powinienem dalej zajmować się tylko sprzątaniem literek. Bawiłem się za to przednie. Tłumaczenie to ciężka robota, lecz daje dużo satysfakcji. Do tego można zacieśnić znajomość ze słownikiem poprawnej polszczyzny. ;)

I to by było na tyle. Rok 2016 fanowsko był dla mnie równie pracowity, co poprzedni. Kolejny zapowiada się nieco luźniej. W kolejce czeka tylko jeden, częściowo już ukończony projekt, kolejny numer „Spotkań Losowych” i klika drobiazgów. Choć jak znam życie, pewnie znajdę sobie dodatkowe zajęcie. A czas? Czas też wykombinuję.

* Drobna korekta. Kot podprowadził jeden identyfikator.

 Zamieścił: dn. 01/01/2017 o 15:37

  10 komentarzy do “2016: 20 lat w fandomie i inne podsumowania”

Komentarze (10)
  1. Gratuluję udanego roku i życzę nie mniej dobrego Nowego Roku :)

  2. Ku pewnemu mojemu zaskoczeniu, 0202122 działa nadal.

    • Dobrze wiedzieć. :) Ostatni raz wdzwoniłem się w 2006 lub 2007 roku z komórki. Potrzebowałem podpiąć na chwilę laptopa do Internetu, a nie było jak. Jakimś cudem udało mi się spiąć kompa z telefonem przez irDA i nawiązać połączenie.

  3. Fajne wspomnienia, wiele pozytywnych emocji ale to jeszcze młody jubileusz,wierzę że będą kolejne :) Czasem jest ciężko ale warto walczyć o swoją pasję i nie poddawać się szarej rzeczywistości. Sam też mam kilka planów związanych z hobby na Nowy Rok. Mam nadzieję, że się powiodą…

    A Najważniejsze że ogień wciąż płonie (lutlampy oczywiście) ;)

    • Lutlampy nigdy nie gasną! ;) Fajnie cię znów przeczytać. Cały czas liczę, że wrócisz do sieci na stałe. :)

  4. Sukcesów Seji, być może czytelników SL jest niewielu, raptem w okolicach 300, gdyby jednak spotkali się w jednym miejscu mielibyśmy konwent. Byłby to konwent osób, które albo pisały, albo czytały, niezależnie od tego wszyscy mieliby wspólny temat do rozmów. Wizja uważam przednia. Każdy z nas chce coś po sobie zostawić, pokazać dzieciakom i powiedzieć, że ich stary kiedyś robił ciekawe rzeczy, Ty masz już co im pokazać a czuję, że będzie tego dużo więcej. Zatem powtórzę się, sukcesów Marcin.

    • Dzięki, Salam. Faktycznie, byłby fajny konwent. :) Najbardziej cieszę się z tego, że mogę znaleźć czas na hobby i że jeszcze mnie nie znudziło. A jak zacznie, to znajdę sobie jakieś nowe zajęcie. Zanudziłbym się. :)

  5. Przednie podsumowanie-wspomnienie. Bardzo dobrze, że nie porzuciłeś starego hobby – ale jeszcze lepiej, że jesteś zaangażowany i miast flejmować z pozycji weterana, dokładasz własne cegiełki. Życzę wytrwałości i powodzenia przy dalszych projektach. Jesteśmy wszak in tacz. :)

 Zostaw odpowiedź