Sie 262014
 

[Dokończenie opisu moich wrażeń z Worldconu 2014. Czytanie warto zacząć od początku: link do części pierwszej.]

Fani dla fanów i o fanach

Podczas Lonconu przyznano kilka fandomowych nagród, w tym najważniejszą: Hugo (w kilkunastu kategoriach). Wręczeniu nagród Hugo oraz John W. Campbell Award for Best New Writer towarzyszyła bardzo sympatyczna ceremonia. Wspomniano nie tylko Iana M. Banksa, lecz także innych twórców i fanów, którzy zmarli w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy.

Retro Hugos miały swoją własną ceremonię dwa dni wcześniej, stylizowaną na audycję radiową z lat 30. XX wieku, udającą „wręczanie Hugo” na pierwszym Worldconie w 1939 r. W kategorii Best Dramatic Presentation wygrało słuchowisko Wojna światów, co nie powinno nikogo zaskoczyć, jako że marsjański lobbing był bardzo silny. Co chwilę bowiem do prowadzących galę spływały raporty dotyczące postępującego marszu pozaziemskich trójnogów, które kierowały się w stronę konwentu, rażąc dzielnych brytyjskich żołnierzy promieniami cieplnymi. Na szczęście odbyło się bez ewakuacji, a obcy najeźdźcy ulegli ziemskim zarazkom tuż przed progiem ExCel London.

Ann Leckie odbiera nagrodę Hugo za powieść „Ancillary Justice”.

Ann Leckie odbiera nagrodę Hugo za powieść „Ancillary Justice”.

Na Lonconie było sporo punktów programu dotyczących fanów i fandomu. Od spotkań miłośników Doctora Who, przez dyskusje na temat miejsca fanów, aktywności i twórczości fanowskiej we współczesnym świecie (prawo, komercjalizacja), po fandom, jego historię i rozwój oraz kontakty ze „światem zewnętrznym”. Tego mi brakuje na polskich konwentach. Niewiele rozmawiamy na temat tego, kim jesteśmy, co moglibyśmy robić lepiej lub inaczej, wreszcie jaka jest nasza rola w (pop)kulturze. Od czasu do czasu pojawi się jakaś wspominkowa prelekcja lub „jak założyć klub RPG w godzinę” i podobne, choć to i tak są wyjątki. Z przyjemnością posłuchałbym porządnej dyskusji o kształcie i przyszłości polskich konwentów (które chyba niedługo wszystkie staną się festiwalami organizowanymi przez fundacje) lub prelekcji o polskich prawno‑skarbowych uwarunkowaniach dotyczących działalności fanowskiej, w tym właśnie konwentów. Od jakiegoś czasu wśród polskich organizatorów zlotów panuje swoisty wyścig zbrojeń: kto będzie miał więcej zaproszonych pisarzy, więcej punktów programu, więcej uczestników, wszystkiego. Może już czas nieco zwolnić i oddać parę godzin fanom, żeby porozmawiali o sobie i ze sobą? Myślę, że chętni się znajdą.

Loncon miał swój kodeks postępowania, w tym zasady dotyczące zachowań niepożądanych. Czy znalazły zastosowanie podczas konwentu, nie wiem, dobrze jednak, że były na miejscu. Usłyszałem o jednym przypadku niewłaściwego zachowania, nie pamiętam jednak, czy został zgłoszony organizatorom.

Zapowiedź spotkania ze Stevem Jacksonem (SJG) i szczegółowe zasady postępowania.

Zapowiedź spotkania ze Stevem Jacksonem (SJG) i szczegółowe zasady postępowania.

Wydaje mi się, że kobiet było nieco więcej niż na przeciętnym polskim konwencie i proporcje wynosiły pół na pół, co może tylko cieszyć. Na niektórych panelach wśród zaproszonych gości panie stanowiły większość (na panelu poświęconym seksizmowi – 100%). Fandom nie jest wyłącznie biały, męski i heteronormatywny, podobnie jak świat za oknem, co uwzględniał także program imprezy. Odbyło się m.in. spotkanie fanów identyfikujących siebie jako LGBTQA oraz panel dotyczący tematyki LGBTQ w grach. W programie znalazły się dyskusje na temat seksualności, płci i modelu rodziny w fantastyce, miejsca i roli mniejszości rasowych, etnicznych i seksualnych w fikcji i fandomie, a także o napotykanych czasem problemach (spotkanie „Cosplay is not consent”) oraz wspomniana dyskusja o feminizmie i seksizmie w środowisku fanów fantastyki. Podczas tej ostatniej padło interesujące pytanie: dlaczego Doctor Who nie wcielił się jeszcze w kobietę?.

Fanziny, ważny przejaw działalności fanowskiej, również pojawiły się w programie. Oczywiście wtedy, kiedy Amerykanie i Brytyjczycy używali powielaczy do odbijania kolejnych numerów fanowskich gazetek, w Polsce tą samą metodą produkowano opozycyjną prasę. Najstarsze wzmianki o polskich fanzinach sf, jakie znalazłem, to „Kwazar” oraz „Materiały” – oba z 1979 r. Sporo nas ominęło. Ciekaw jestem, czy w okresie międzywojennym  powstały w Polsce amatorskie stowarzyszenia prasowe wydające publikacje poświęcone fantastyce. Wracając jednak do Lonconu, można było posłuchać o historii fanzinów i APA-zinów, ich przyszłości i miejscu w fandomie. Podyskutować o tym, czym fanziny są dzisiaj (czy np. blog można nazwać fanzinem?) i dowiedzieć się, że tzw. media ziny, poświęcone produkcjom telewizyjnym i kinowym, tworzyły głównie kobiety. Panelistami były osoby, które zaangażowane były w wydawanie zinów „w czasach sprzed Internetu i kserokopiarek” (konwentowa prezentacja na vimeo.com). Oprócz wspominków, ciekawostek, i anegdot przygotowano także pokaz dawnych metod produkcji zinów. Jeden z panelistów przytargał wiekowy, acz sprawny powielacz wraz ze wszystkimi potrzebnymi chemikaliami (chętny mógł go zabrać ze sobą do domu). Z kolei dwie dawne redaktorki zinów przygotowały pokaz robienia odbitek za pomocą hektografu (żelatynowego podkładu wylanego do formy na ciasto; przepis). Wbrew pozorom fanziny nie umierają i wciąż są wydawane, jednak głównie ze względu na koszt druku i wysyłki tracą swą tradycyjną papierową formę i migrują do Internetu. Chociaż i tak część panelistów była zdania, że jeśli zin ma być zinem, to musi być na papierze.

Prezentacja działającego powielacza, czyli jak się kiedyś robiło fanziny.

Prezentacja działającego powielacza, czyli jak się kiedyś robiło fanziny.

Zupełną nowością były dla mnie wstążeczki konwentowe (badge ribbons). Są to przyklejane do identyfikatora paski materiału z różnymi napisami, np. „Pierwszy Worldcon”, „Helsinki 2017” itp. Zwykle wystarczy o wstążeczkę poprosić, czasem jednak trzeba trafić w odpowiednie miejsce o odpowiedniej porze, znać hasło lub właściwie się zachować (etykieta wstążeczkowa). Blanche nazwała to zbieraniem pokemonów i chyba coś w tym jest. Zebrałem 19, rekordzista miał ponad 70.

Wstążeczki to tylko dodatek, nie każdy je lubi. Ja na razie jestem nimi zachwycony, a jako że rozmiarowo mniej więcej pasują do standardowego polskiego identyfikatora konwentowego, postaram się coś z tym fantem zrobić. Szkopuł w tym, że najprawdopodobniej nie ma europejskich firm robiących samoprzylepne wstążki z nadrukiem – owszem, można zamówić i całą szpulę zadrukowanego materiału (wstążki prezentowe, do kwiatów itp.), lecz nikt w ofercie nie ma ciętych wstążek (to się jeszcze da załatwić) z paskiem samoprzylepnym (to już czyste sf – nic takiego nie znalazłem). Od czego jednak Internet i amerykańska poczta? Fajnie by było zobaczyć wstążeczki również na polskich konwentach.

Tak wyglądają konwentowe wstążeczki (zbiór własny autora).

Tak wyglądają konwentowe wstążeczki (zbiór własny autora).

Z życia gophera

Pomóc przy konwencie mógł każdy – ile mógł i ile chciał. Wystarczyło zgłosić się do „Volunteer Desk”, i już można było z dumą nosić lonconową kamizelkę obsługi i białą wstążeczkę ochotnika. Dałem się namówić na parę godzin gopherowania (gopherzenia?) i była to jedna z lepszych decyzji.

Za każdą godzinę dyżuru dostawało się 1 groata, wymiennego w konwentowym barze i u niektórych sprzedawców po kursie 1 groat = 1 funt. Można było także dostać książki i inne dobra materialne, jeśli ktoś potrzebował innej zachęty niż możliwość przyłożenia ręki do Worldconu, wejścia za kulisy, przygotowania gali nagród Hugo. Wisienką na torcie była specjalna gopherowa koszulka, którą można było otrzymać za przepracowanie 15 godzin (Blanche FTW!). Mnie trafiło się m.in. pilnowanie kolejki po autografy George’a R. R. Martina. Było to zajęcie mało wdzięczne. Agenci pisarza ustalili limit 200 osób, które mogły podejść po autograf (jeden na osobę). Wolne miejsca zniknęły w mgnieniu oka i zespołowi obsługującemu kolejkę nie pozostało nic innego, jak przez ponad godzinę odsyłać spóźnialskich z kwitkiem. Za to na sam koniec w podziękowaniu za pomoc, pozwolono nam zrobić sobie grupowe zdjęcie z Martinem. Po raz kolejny okazało się, że jedyną rzeczą fajniejszą od jeżdżenia na konwenty jest pomaganie przy ich organizacji – nigdy nie wiadomo, co człowieka spotka.

George R. R. Martin w otoczeniu gopherów.

George R. R. Martin w otoczeniu gopherów.

Drobiazgi
  • w wagonach Docklands Light Railway nadawano komunikaty informujące, na którym przystanku należy wysiąść, by dotrzeć na konwent;
  • lonconowy newsletter, „The Pidgeon Post”, ukazywał się 2–3 razy dziennie, wszystkie wydania były zawsze dostępne;
  • osób przebranych było niewiele; kostiumy zwykle były fajne i zwykle nie składały się z gorsetu i pończoch, lecz z elementów nieco bardziej wyrafinowanych (to moja obserwacja z Pyrkonu na temat tego, jak najłatwiej zrobić przebranie na konwent)
  • ranne ptaszki miały okazję udać się na godzinny spacer wraz z innymi fanami i zaproszonymi gośćmi – w piątek, sobotę i niedzielę o 9 rano można było dołączyć do „Stroll with the Stars”; ja przeszedłem się na wyprawę po okolicznych dokach wraz z m.in. Joem Haldemanem i Corym Doctorovem.
  • pośród licznych darmowych materiałów, wśród których przeważały konwentowe ulotki, można było znaleźć także interesujące publikacje, np. zbiorek niemieckich opowiadań sf przełożonych na angielski oraz album pamiątkowy z Worldconu w 1987 r. w Brighton (niemal 200 stron, twarda oprawa, obwoluta, duży format, kolor – cudo!).
  • spotkania World Science Fiction Society są nagrywane i każdy może obejrzeć wideorelację np. z ogłoszenia organizatorów kolejnego Worldconu. WSFS to stowarzyszenie organizujące Worldcony i opiekujące się nagrodą Hugo, każdy uczestnik konwentu automatycznie staje się jego członkiem; najbliższą analogią do worldconowych „WSFS business meetings” jest polconowe Forum Fandomu (tyle że u nas nie dają fajnej wstążeczki do przypięcia do identyfikatora).
Megatron i Optimus Prime w strojach chińskich duchów strażniczych zachęcający do głosowania na Worldcon w Pekinie.

Megatron i Optimus Prime w strojach chińskich duchów strażniczych zachęcający do głosowania na Worldcon w Pekinie.

Loncon calling

Znacie to nieprzyjemne uczucie towarzyszące wam, kiedy jesteście sami w nowym miejscu? Nie znacie nikogo. Dookoła jest obcy język i inna kultura. I chociaż pozornie ludzie wokół są tacy sami jak wy, mają te same pasje, to jednak czujecie się mali i zagubieni. To był mój pierwszy zagraniczny konwent i choć jeżdżę na zloty od 1996 roku, czułem się, jakbym był na takiej imprezie po raz pierwszy. Nieznani ludzie, niezrozumiały slang, obce miejsca, nowe rzeczy, które trzeba poznać i zrozumieć. Jeśli tak czuje się osoba, która pierwszy raz, samotnie – bez żadnych środowiskowych znajomych – wkracza na konwent, to chyba potrzebujemy fandomowych opiekunów dla nowych fanów, żeby zmniejszyć wstępny szok.

Szkoda, że Worldcon to impreza zwykle odległa geograficznie, do tego droga. Fajnie by było pojechać co dwa–trzy lata – ponoć dla chcącego nic trudnego… Dwa kolejne Worldcony odbędą się w USA. Przyznaję, myślę o Kansas City w 2016 (barbeque!) – jacyś chętni na wyjazd? Na razie pozostaje kibicowanie Helsinkom i wykupienie akredytacji wspierającej w przyszłym roku, żeby zagłosować na Worldcon 2017. Ponoć Finowie mają spore szanse na zwycięstwo (konkurencja to Shizuoka w Japonii, Montreal w Kanadzie i Washington D.C. w USA). Jak to wyjaśnił fan z San Jose (kandydat do Worldconu 2018), Amerykanie nie lubią jeździć poza Stany, choć jednocześnie lubią jeździć w miejsca, w których jeszcze nie byli. Zatem trzymamy kciuki za Helsinki!

Zine's not dead! ;)

Zine’s not dead! ;)

Na sam koniec, czekając na pociąg na lotnisko, poszedłem zobaczyć Guardians of the Galaxy. Film bardzo fajny, tylko Drax jakiś taki nijaki wyszedł. Wszystkim, którzy będą zmuszeni koczować na Victoria Station, polecam pobliskie kino Curzon Victoria. Niby multipleks, lecz sale są na kilkanaście osób (i można obejrzeć film sącząc drinka zakupionego w kinowym barze), do tego sieć ponoć specjalizuje się w kinie artystycznym, choć komercji się nie boją. Jeśli ma się szczęście, można być jedynym widzem (polecam wieczorne seanse) i mieć z głowy chrupanie, szelesty, rozmowy i tym podobne kinowe „atrakcje”. Co prawda ceny biletów zbliżone są do tych w Colosseum Kino w Oslo (największe na świecie kino z certyfikatem THX), jeśli nie wyższe, lecz mimo to warto – zwłaszcza jeśli alternatywą jest koczowanie na lotnisku przez całą noc.

Loncon 3 był świetnym konwentem. Był też moim pierwszym Worldconem. Oby drugi trafił się szybciej niż po kolejnych 18 latach w fandomie (niestety na Glasgow 2005 się nie załapałem). Do tego czasu pozostają Eurocony – trochę bliżej, trzeba wreszcie zacząć jeździć. Konwenty pokazują prawdziwą siłę fandomu. Fani wspólnie, własnymi środkami organizują imprezę, dzięki której mogą jeszcze mocniej poczuć i podkreślić swoją przynależność do społeczności miłośników fantastyki. To jest strasznie fajne. Jestem w fandomie. Jestem fanem. Lubię to!

 Zamieścił: dn. 26/08/2014 o 19:50

  6 komentarzy do “Loncon 3 – dobrze być fanem (część 2)”

Komentarze (6)
  1. Widzę, że rozgryzłeś wstążkową etykietę

  2. Seji, a propos tych wstążeczek, jak tak bardzo chcesz – załatwić ci? Mogę poszukać takich made in Poland, nawet jeśli jeszcze nie są made :)

    • @Zigzak
      Jeśli możesz, to popytaj. Nie mam niestety specyfikacji materiałowej. Jedyne, co znalazłem, to że przynajmniej część wstążek robiona jest z „satin acetate” – czyli jakiś splot satynowy z octanem celulozy. To, co znalazłem w polskiej terminologii wstążkowo-tkaninowej, to acetat, ale musiałbym porównać materiał na żywo, czy to jest to samo. W każdym razie gdybyś podrzucił namiary na kogoś, kto się podejmie (wstążka plus nadruk plus pasek samoprzylepny), będę bardzo zobowiązany. :) Wymiary i co tam trzeba dostarczę.

  3. Wstążeczki są, na Polconach organizowanych przez ŚKF.

    • Z Triconu nie pamiętam wstążek. Z kolei mała pionowa wstążeczka była chyba w zeszłym roku rozdawana w Warszawie po zagłosowaniu na Zajdla. Podpytam na Polconie w takim razie, dzięki za trop. ;)

 Zostaw odpowiedź