Kwi 032014
 

Do czytelników: ponieważ z socjologią kultury od dawna nie miałem do czynienia, proszę traktować niniejszy wpis jako tekst z gatunku „nie znam się, to się wypowiem, bo mi się tak wydaje”. Źródeł wiele nie będzie. Można wytykać błędy. :)

 ***

W trakcie dyskusji o przemocy seksualnej w RPG, wywołanej ostatnio przez reportaż w Dużym Formacie (chociaż temat został poruszony nie po raz pierwszy), pojawiły się głosy mówiące, że przecież wyrzynanie całych wiosek bądź miast przez postacie graczy jest równie straszne, a tu nagle ktoś domaga się wyłącznie tego, żeby na sesjach postaci graczy nie gwałcić. Skoro przemoc fizyczna i przemoc seksualna to dokładnie to samo, to niby dlaczego należy pomstować wyłącznie na jedno, a nie również na drugie? I skąd to całe oburzenie wyłącznie w sprawie przemocy seksualnej, skoro gobliny giną tysiącami?

Argument zestawiający przemoc seksualną z przemocą fizyczną nie jest w tym wypadku trafnie dobrany, co wynika z tego, jak postrzegamy pewne zachowania. Przemoc fizyczna zajmuje w kulturze nieco inne miejsce niż przemoc seksualna, zwłaszcza w kulturze popularnej.

Na marginesie, w całej tej burzy wywołanej artykułem tak naprawdę nie chodzi o kwestię obecności tematyki przemocy seksualnej podczas gry (i nie o ustanowienie policji myśli bądź zakazywanie czegokolwiek), lecz o parę podstawowych zasad, sprowadzających się tak naprawdę do stwierdzenia „spytaj, czy dany temat nie wzbudzi zastrzeżeń”. Przecież celem zabawy w gry fabularne jest to, żeby wszyscy się dobrze bawili, a pewne sytuacje podczas gry nie zachodziły bez zgody grających, zwłaszcza w imię czegoś tak bzdurnego, jak „dojrzałość rozgrywki”. Podczas sesji można poruszyć w zasadzie dowolny temat (nawet tak trudny, jak Holocaust – zainteresowanych odsyłam do artykułu o grze fabularnej Wraith: The Oblivion zamieszczonego w pierwszym numerze Spotkań Losowych), o ile nikt nie ma nic przeciwko i nadal wszyscy pamiętają, że RPG to zabawa i nic ponadto. Interesujące sesjowe zasady BHP w kontekście reportażu z Dużego Formatu zamieściła na swoim blogu Senthe.

Ad rem. Na początku zaznaczę, że zgadzam się, że przemoc to przemoc, bez różnicy. Obojętne, czy w prawdziwym życiu użyjemy przeciwko drugiej osobie młotka, genitaliów (tudzież wymierzymy w genitalia) bądź steku bluzgów, będzie to złe i niedopuszczalne. Tutaj chyba nikt nie ma wątpliwości. Dlaczego jednak fikcyjna przemoc fizyczna w grach i innych wytworach kultury u części (większości?) osób nie budzi zastrzeżeń? To kwestia z jednej strony naszego bagażu cywilizacyjnego, z drugiej – przedstawiania tematu przez kulturę popularną.

W wielu środowiskach, od wielkich cywilizacji po subkultury więzienne, przemoc fizyczna była bądź wciąż jest elementem życia codziennego. Nie była wyjątkowym środkiem do osiągnięcia czegoś (tak w zasadzie jest dzisiaj), lecz stałym elementem rzeczywistości. Wódz, władca, pan feudalny, wreszcie ktoś uzbrojony w oręż i autorytet potencjalnie w każdej chwili mógł zakończyć życie swojego poddanego lub przypadkowej osoby, bywało, że bez konsekwencji lub np. za opłaceniem komuś „straty” (nie było to oczywiście tak proste zawsze i wszędzie, istniały różnego rodzaju kodeksy honorowe, zasady plemienne, później systemy prawne itp., jednak np. główszczyzna – opłata dla rodziny zabitego – stawiała bogatą szlachtę na uprzywilejowanej pozycji). Łupienie bądź mordowanie podróżnych na gościńcach było realnym zagrożeniem. Z kolei festyny organizowane z okazji egzekucji miały służyć ukazaniu siły organów władzy, a samo tracenie przestępców bądź dręczenie ich pod pręgierzem było przyczynkiem do zabawy. Wojny toczono chętnie i często. Warto wspomnieć, że już od starożytności znana była koncepcja wojny sprawiedliwej, czynionej w słusznej sprawie i prowadzonej we właściwy sposób. (Dzisiaj mówi się o uderzeniu prewencyjnym jako o czymś koniecznym, niekoniecznie pochwalanym, jednak niepotępianym powszechnie, a interwencje zbrojne w intencji obrony ludności i mienia bądź różnorakich wartości wcale nie zanikły). Groźba utraty życia na skutek zetknięcia się najpierw z krzemiennym ostrzem, potem z klingą miecza bądź kilkoma gramami ołowiu była kiedyś rzeczywistym i całkiem powszechnym zagrożeniem. Niezależnie jednak od częstotliwości występowania takiego zdarzenia, wszyscy byli świadomi takiego stanu rzeczy.

Przemoc nie była dla nikogo zaskoczeniem, ponieważ była powszechna i postrzegana jako coś naturalnego. Jest to oczywiście pewne uogólnienie, chodzi mi jednak o nakreślenie obrazu świata, w którym – w przeciwieństwie do teraźniejszości – akty przemocy nie były czymś, czym ekscytowały się ówczesne media. To była codzienność, zaraz obok wysokiej śmiertelności niemowląt, głodu, tortur, niewolnictwa i chorób. Dzisiaj akt agresji fizycznej zazwyczaj szokuje. Nauczyliśmy się rozmawiać, mimo dzielących nas różnić kulturowych, i sięganie po argumenty siłowe wywołuje sprzeciw. Przy czym chciałbym zwrócić uwagę, że niniejsze słowa pisze osoba mieszkająca w rozwiniętym kraju należącym do kultury zachodniej, na którego terenie od 1945 roku nie doszło do działań zbrojnych na szeroką skalę, który radzi sobie gospodarczo, a zamieszkująca go ludność ma dostęp do wody pitnej – mieszkańcy byłej Jugosławii, Sudanu i wielu innych miejsc mogliby się w powyższej kwestii ze mną nie zgodzić, sporo bowiem zależy od kultury, w której się wyrasta i żyje.

We współczesnej fikcji mamy wielu (super)bohaterów, którzy walczą pięściami i orężem o sprawiedliwość, dobro zwykłych ludzi, zadośćuczynienie i tak dalej. Oczywiście mają oni swoich wcześniejszych odpowiedników, np. Robin Hooda i Janosika, działających wedle tego samego schematu. Tak oto samotny mściciel dokonuje zemsty w słusznej sprawie. Człowiek o nadludzkiej sile rozkwasza nosy gangsterom i kosmitom. Mistrz sztuk walki pokonuje herszta bandytów nękających wioskę. Dzielny policjant ratuje miasto przed terrorystami. Rycerz na białym koniu niesie wybawienie uciskanym. Dobry zbójca rabuje bogatych, by dawać biednym. I tak dalej. Wszyscy oni używają siły, by walczyć za „słuszną sprawę”. I wszyscy im kibicujemy.

Popkultura strywializowała przemoc fizyczną. Kiedyś opowieści o półboskich herosach i honorowych rycerzach pokonujących całe armie, złych królów i nienawistnych bogów, służyły ukazaniu pewnych ideałów i przedstawiały rzeczywistość za oknem, podkoloryzowaną, lecz w sporej części prawdziwą. Służyły też kwestionowaniu zastanego stanu rzeczy, pokazywaniu, że ci najbardziej ciemiężeni, często bezprawnie, także mają prawo i możliwość obrony. Dzisiaj co prawda ktoś mógłby stwierdzić, że Ellen Ripley bądź John McClane również są dla niego wzorem, jak kiedyś Roland, Cyd i Herakles, jednak trudno byłoby powiedzieć to samo o Franku Castle, który również „walczy za sprawę”, jednak metodami, których nie da się w żaden sposób usprawiedliwić. W dodatku, jak często zdarza się dzisiaj, żeby ktoś musiał odbijać małą dziewczynkę ze szponów obcych lub w pojedynkę stawiać czoła oddziałowi terrorystów? 1000 lat temu najazdy Saracenów były czymś boleśnie prawdziwym, a opowieści o dzielnych rycerzach stawiających czoła wrogowi nie służyły jedynie rozrywce, lecz także wychowaniu kolejnych pokoleń wojowników.

Dzisiaj to całe książkowe, ekranowe lub sesjowe mordowanie, palenie, wieszanie, wbijanie na pal, rozrywanie, ćwiartowanie i tak dalej służy przede wszystkim rozrywce (może też oczywiście posłużyć do czegoś innego, np. krytyce mediów, jak w Urodzonych mordercach Oliviera Stone’a, jednak tego rodzaju produkcje skierowane do masowego odbiorcy stanowią mniejszość). Paladyni walczą o dobro ogniem i żelazem, mnisi-wojownicy egzorcyzmują na potęgę za pomocą pochodni bądź miotaczy płomieni, samotni komandosi kładą pokotem armie dyktatorów, a całe planety są bombardowane z orbity. A my się przy tym świetnie bawimy.

Przemoc w popkulturze jest odrealniona i oderwana od rzeczywistości. Lejące się z ekranu hektolitry krwi i toczące się po podłodze głowy orków na niejednej sesji RPG kwitujemy albo wzruszeniem ramion, albo okrzykiem radości podczas wyjątkowo widowiskowej sceny lub udanego rzutu kośćmi. W fikcji łatwiej nam zabijać, łatwiej też przemoc odbierać. Sam uwielbiam patrzeć na porządne bombardowanie orbitalne lub rozchodzenie się fali uderzeniowej pomiędzy oszklonymi drapaczami chmur. Tylko że punkt widzenia zależy też od sumy doświadczeń jednostki. Nie wiem, czy gdybym został porwany, wzięty na zakładnika lub był świadkiem zagłady całego miasta, nadal by mnie takie fikcyjne sytuacje bawiły (ze względu na dawny kilkukrotny kontakt ze służbą zdrowia nie lubię np. oglądać na ekranie zabiegów chirurgicznych, jednak nie mam nic przeciwko dekapitacji). Oglądanie całkowitej destrukcji świata na ekranie bądź opowiadanie o niej na sesji to coś innego niż bycie w jej centrum. Być może gdybyśmy wszyscy mieli świeże (kilkunastoletnie) bądź bardzo mocne doświadczenia związane z przemocą fizyczną, np. na skutek niedawnego konfliktu zbrojnego, patrzylibyśmy na temat inaczej. Zapewne jednak nie wszyscy i na pewno nie w ten sam sposób – wystarczy zerknąć na listę filmów wojennych nakręconych niedługo po zakończeniu II wojny światowej, które głównie sławiły bohaterstwo żołnierzy. Dobrze to widać na przykładzie Japonii, która atomową traumę przeżywa wciąż i wciąż na nowo w scenach zagłady Tokio i innych, prawdziwych bądź fikcyjnych miast, czego dowodem jest seria filmów o Godzilli, a także niezliczone mangi i anime o wątkach apokaliptycznych bądź postapokaliptycznych. Dziś są źródłem dobrej zabawy, jednak pierwotnie Godzilla była alegorią broni nuklearnej.

Przemoc stała się środkiem dostarczającym rozrywki. Oczywiście nie zawsze i nie wszędzie, jednak całe kino akcji opiera się przede wszystkim na tym, że główny bohater daje komuś w zęby bądź pociąga za spust, a my mu zazwyczaj kibicujemy. W grach fabularnych przemoc jest najłatwiejszym do zastosowania źródłem konfliktów podczas gry. Nie bez powodu rozdziały o walce są zazwyczaj najdłuższe, a mechanik wspierających intrygi polityczne wciąż jest niewiele. Mało komu zresztą taki stan rzeczy doskwiera. Poznałem zaledwie dwie osoby, którym przeszkadzała przemoc fizyczna w fikcji. Pierwsza minimalizowała obecność przemocy podczas sesji, druga zaś uważała, że jakakolwiek fikcyjna przemoc jest zupełnie zbędna, ponieważ za bardzo przypomina to, co może się zdarzyć naprawdę. Takich osób jest zapewne więcej, jednak większość ma odmienne zdanie. Przemoc fizyczna bawi nas między innymi dlatego, że nie jest dla nas codziennym, rzeczywistym zagrożeniem. To odległa rzecz z ekranu telewizora i sesyjnych opowieści.

Tyle o dawaniu w zęby. Pora przyjrzeć się przemocy seksualnej, a także nieco przemocy psychicznej, pojawiającej się w bardzo podobnym kontekście. Czy potraficie podać imię (super)bohatera, który o wolność, równość i sprawiedliwość walczy za pomocą gwałtów bądź psychicznego znęcania się nad wrogami? Niech to będzie nawet antybohater. Prawdopodobnie nie ma takiego, choć nie zdziwię się, jeśli ktoś mi za chwilę podrzuci link do jakiegoś mackowatego hentaia; od biedy można by też wymienić tutaj komedię Orgazmo. Jednak będą to nieliczne wyjątki. Gwałty, znęcanie się, poniżanie i mobbing to domena czarnych charakterów, nie herosów w białą zbroję odzianych. Stosowanie przemocy seksualnej nie jest atrybutem bohatera. I o ile dane nam było zobaczyć nie raz, jak „ten dobry” niszczy całe armie i wysadza planety lub stacje kosmiczne, o tyle nigdy nie zobaczymy, jak pozytywny protagonista gwałci pokonanych wrogów dowolnej płci, ich partnerów i partnerki, torturuje ich, szykanuje, poniża werbalnie. Życie oczywiście to coś innego i w rzeczywistości mało co jest czarno-białe, a ludzie popełniają błędy, jednak fikcja rządzi się swoimi prawami i raczej nigdy nie powstanie powszechnie uznany i akceptowany film przedstawiający bohaterskiego gwałciciela.

Popkultura, choć seks i erotykę przyjęła z otwartymi ramionami, nie zrobiła tego samego z przemocą seksualną. Seks wciąż pozostaje w wielu kulturach sferą tabu, a przemoc seksualna nadal miewa wokół siebie nimb tematu niedotykalnego. Gwałt (a także pedofilia i kazirodztwo) to problem, który często włącza mechanizm wyparcia i stygmatyzacji ofiar: „To nie my, to oni, to niemożliwe, sami są sobie winni”. Gwałt to wreszcie temat niesłychanie trudny dla ofiary, a reakcja otoczenia zwykle nie pomaga (przyczyny takiego stanu rzeczy pomijam, nie są tutaj istotne, poza tym są o wiele lepsze miejsca do poczytania na ten temat niż ten blog). Gwałt, czy to w rzeczywistości, czy na ekranie, to cierpienie, upokorzenie, bezsilność, obrzydzenie, także w odczuciu widza. Raczej nikt nie chciałby się znaleźć w takiej sytuacji. Nikt nie chciałby też oglądać, jak John McClane przez 90 minut gwałci terrorystów. Dla jednych byłoby to zbyt zbliżone do rzeczywistości, a nie tego przecież oczekujemy od produktów rozrywkowych; dla innych – przerażające, ponieważ byłoby właśnie zbyt prawdziwe. Do tego nie miałoby nic wspólnego ze szlachetnymi czynami, godnymi bohatera. Nie mówiąc już o tym, że byłoby to też mało atrakcyjne wizualnie – a przemoc w kinie jest zazwyczaj podana w bardzo ładnym opakowaniu, nawet w tak wymyślnych i wywołujących ciarki przypadkach, jak seria Oszukać przeznaczenie. Tutaj właśnie odzywa się zaokienna szara rzeczywistość. Prawdopodobieństwo, że padnie się ofiarą gwałtu, jest raczej większe, niż to, że ktoś nas udusi, otruje, przebije nożem bądź mieczem, zastrzeli, obleje napalmem, wysadzi wraz z budynkiem lub zbombarduje z orbity. Wedle policyjnych statystyk w 2013 roku dokonano w Polsce 1362 gwałtów, niemal trzy razy więcej niż zabójstw (574). Nic zatem dziwnego, że fikcyjny gwałt może być mało przyjemnym tematem dla wielu osób.

Przemoc fizyczna została oswojona dawno temu. Jej stosowanie potrafimy uzasadniać racją stanu, wyższą koniecznością, obroną stanu posiadania. Uznajemy ją za przykrą, lecz niekiedy niezbędną część życia (np. państwowy aparat przymusu wymuszający przestrzeganie ogólnie przyjętych norm). Zaprzęgliśmy ją także do dostarczania rozrywki, od filmów animowanych dla dzieci, po wielkie kinowe produkcje oraz, oczywiście, gry fabularne. Mało komu drgnie powieka, kiedy na ekranie heros powala kolejne legiony wrogów, a na sesji wrodzy żołnierze, gobliny bądź obcy giną tysiącami. Fikcyjna przemoc fizyczna i fikcyjna śmierć zwykle nawet nie ocierają się o naszą strefę komfortu. Są zbyt nierzeczywiste, jesteśmy na nie w pewnym stopniu uodpornieni, pomijając najbardziej drastycznie wizualizacje. Poza tym zarówno w kinie, jak i na sesji zwykle używa się przemocy w „słusznej sprawie”. Gry fabularne, w których gra się „tymi złymi” to zupełny margines, do tego część z nich jest satyrą lub parodią (Violence, Powerkill). Przemoc seksualna, o ile również była obecna niemal na co dzień (choćby w postaci gwałtów wojennych), nigdy nie była gloryfikowana. Jej stosowanie nie stało się przymiotem szlachetnego rycerza, nie jest ona dzisiaj atrybutem pozytywnego bohatera. Nigdy też nie została oswojona, uzasadniona i ubrana w atrakcyjne szatki – bywała podkreślana jurność herosa, lecz sławę zawdzięczał on zazwyczaj wrogom pokonanym w walce, a nie zgwałconym (w opowieściach i kronikach zwracano co prawda uwagę na wzięte przemocą branki, wymieniane jednym tchem wraz z innymi łupami, lecz nie to stanowiło o wielkości wodza). I choć zdarzało się, że gwałt bywał katalizatorem zmian społecznych (obalenie monarchii rzymskiej), a także jest istotną częścią mitów i legend, to zgodnie z nazwą dochodziło do niego na skutek przemocy bądź użycia podstępu (w czym przodował zmieniający postać Zeus).

Zarówno odbiór społeczny, jak i prawodawstwo dotyczące przemocy seksualnej ewoluowały z czasem (molestowanie seksualne zaczęto definiować dopiero w latach 70. XX wieku, podobnie zresztą jak mobbing, a i samo podejście do gwałtu zaczęło się zmieniać dzięki ruchom feministycznym). Definicja prawna gwałtu i jego klasyfikacja przeszły długa drogę, od ignorowania, przez przestępstwo przeciwko mieniu (niewolnicy), po stan obecny. Jednak nigdy nie pojawiło się w przypadku przemocy seksualnej takie uzasadnienie jej stosowania jak w przypadku przemocy fizycznej – gloryfikowanej, będącej częścią toposu herosa. Przemoc seksualna nie służy „wyższemu dobru”, nie jest powodem do dumy ani nikt za nią nie daje orderów. Żaden bohater nie chełpi się liczbą dokonanych gwałtów, choć już pilot oznaczający na burcie samolotu zestrzelone maszyny wroga budzi podziw.

Zrównywanie „gwałtów na sesji” i „zabijania na sesji” nie ma większego sensu, chyba że chcemy potępić wszelką przemoc, niezależnie od fikcyjnego kontekstu i okoliczności. Przemoc fizyczna i przemoc seksualna pełnią inne funkcje w kulturze, a co za tym idzie, także w kulturze popularnej, choć okupują tę samą półkę z mało przyjemną zawartością i bywają stosowane w tym samym celu. Używanie przemocy fizycznej może w pewnych warunkach być kulturowo uzasadnione: postrzegane za zaletę, nieuchronną konieczność, cenę za obronę ideałów. Na pewno funkcjonuje zaś jako jeden z przymiotów bohatera stającego w obronie słabszych – wszak nie zawsze wystarczą jedynie słowa, by obronić biednych i uciśnionych, co skądinąd wynosi na piedestał różnorakich rewolucjonistów. Tak samo jest w w fikcji. Nie bez powodu podręcznik do Legendy Pięciu Kręgów otwiera sentencja zaczerpnięta z fikcyjnej filozofii występującej w tej grze: Opowiadamy historie o bohaterach by pamiętać, że my także możemy być wielcy, a słowami-kluczami do kultury Rokuganu są takie przymioty idealnego wojownika, jak honor, odwaga, wierność i poświęcenie. To w końcu gra o szlachetnych samurajach, wzorach cnót, wśród których nie ma poniżania wroga w jakikolwiek sposób, a jest stawienie mu czoła i pokonanie w uczciwej walce. Przemoc seksualna nigdy nie była postrzegana jako coś szlachetnego, potrzebnego, niekiedy wręcz pożądanego. Nie można postawić znaku równości między zgwałceniem kogoś a daniem komuś w zęby – przynajmniej jeśli chodzi o fikcyjnych bohaterów fikcyjnych opowieści.

 Zamieścił: dn. 03/04/2014 o 23:14

  7 komentarzy do “O zabijaniu goblinów: kulturowa funkcja przemocy”

Komentarze (7)
  1. Punisher czasami poniżał, czasami się pastwił, czasami znęcał się psychicznie ;)

    Armie Apokalipsy pozwalają grać „dobrymi gwałcicielami”. Ale to jest fetyszyzacja przemocy seksualnej, czerpanie pełnymi garściami ze sceny BDSM, i pozwolenie na zabawę Edge Play bez robienia komuś tak naprawdę krzywdy fizycznej. To jest więc temat na całkiem inną opowieść.

    PS. „Opowiadamy historie o bohaterach by pamiętać, że my także możemy być wielcy” to parafraza „Prawdziwie wielcy ludzie wywołują w nas poczucie, że sami możemy się stać wielcy” (Mark Twain). To tak przy okazji gdyby ktoś nie wiedział ;)

    • No tak, dałem w jednym miejscu Franka, a w drugim go zignorowałem. ;) Dla Punishera przemoc to narzędzie, nic więcej. Nie torturuje dla przyjemności, nie zabija dla zabawy, nie jest wzorem z powodu tego, co robi, a celne strzelanie nie jest cechą do naśladowania.Chyba jedynym antybohaterem, który jest dumny z siebie i tego, co robi, jest Deadpool. :)

      Armie to bardzo dobry przykład podręcznika, który jasno zaznacza, że bawimy się tak, jak się podoba, o ile wszyscy się zgodzą. Do tego obrana estetyka ma wyraźny cel (anioły mają być inne), przy czym tam nie ma ani gloryfikowania przemocy (zwłaszcza niepotrzebnej), ani gwałtu. Jest co prawda „zrób z Grzesznikiem, co ci się podoba”, ale jeśli gracze umówią się, że dają na to zgodę, nawet w przypadku ich postaci, to ja z tym problemu nie mam. Zresztą to samo można zrobić w każdej innej grze, tyle że AA mają informacje o tym w podręczniku. Owszem, taka konwencja, choć zapewne można by było długo i zawzięcie dyskutować, czy pomysł z Grzesznikami i drogą do odkupienia jest właściwy i potrzebny z punktu widzenia graczy (bo w fikcji jest osadzony i wyjaśniony).

      Swoją drogą garść różnorakich kwiatków erpegowych jest tu http://wiki.rpg.net/index.php/Worst_RPGs_ever – w tym oczywiście F.A.T.A.L., w którym jest „rape roll” (przy czym, o ile pamiętam, ta gra to parodia, nie była pisana na poważnie, prawda?) oraz Racial Holy War (choć nie wiem, po co, skoro jest Violence ;)).

      A cytatu nie znałem, dzięki. Kiepski jestem w cytatach,aforyzmach itp. :)

  2. Och jak najbardziej można postawić znak równości. Wystarczy nie być hipokrytą. I tak, przeczytałem co napisałeś wyżej, nawet się z tym zgadzam. Tyle że zbytnio piszesz pod tezę, zamiast rozpatrzyć argumenty jakimi są i korzystając z niedopowiedzeń przeskakujesz do nieuzasadnionych konkluzji. I zamiast się zająć lukami w teorii, które wychodzą na wierzch, wskazujesz je jedynie po to, by szybko je spłycić lub uznać za wyjątki, ignorując w dalszych rozważaniach jako nieistotne. Gdy jest dokładnie odwrotnie. I nie, motyw gwałtu na moich sesjach się nie pojawia i to nawet nie dlatego że uważam go za słaby i anty-ambitny. Według mnie argumenty za tym są, Ty zwyczajnie przypuściłeś szarżę na ślepą uliczkę. Szkoda, bo tekst ogólnie uważam za dobry, zwyczajnie wolałbym gdyś starał się nim badać zagadnienie, a nie je tłumaczyć.

    • Dzięki, paralaktyczny. Postaram się bardziej następnym razem. :)

    • Miło cię znowu widzieć paralaktyczny. Jakoś od dłuższego czasu nie widuję twojej aktywności.

      • Lurkuję, tworzę, działam. W fundomie, poza i dla, w tej kolejności. Gdy jak powyższy, dobry, interesujący tekst się ukaże, przeczytam, pomyślę, odpiszę. Bo jest tego wart. Tyle iż czasu na to mało, a i ochoty brak by się dokopywać, bo aż żal patrzeć, jak się emigrant atencji domaga, bo fundom docenił Darkena miast niego, czy też jak wzbiera się pospolite oburzenie, gdy temat od lat ignorowany, wbrew wysiłkom nieustającym, wybucha i ktoś nagle o RPG chce rozmawiać, miast bzdurzyć kolejne wpisy do bestiariusza. I nadzieja ma, iż dane będzie w fundomie porozmawiać o RPG poważnie, wnikliwie, umiera. Toteż i mi nieśpieszno, by się odrywać od przyjemnych zajęć, by walczyć o coś, w co właściwie nie wierzę.

  3. Należę do tych mniej wymagających czytelników, ponieważ uważam tekst i za dobry, i za celny, potrzebny i dobrze uzupełniający dyskusję, do której się odnosi. Luki w teorii, co wychodzą na wierzch i co zostają później spłycone, jakoś umknęły mojej uwadze.

Zostaw odpowiedź na paralaktyczny Anuluj