Sty 242012
 

Przy okazji smutnej zadymy wokół ACTA (spóźnionej i nieskutecznej, ale mam nadzieję, ze decydenci zapłacą za to wcześniej czy później) przypomniałem sobie, że jeden mój tekst padł ofiarą internetowego piractwa.

A było to tak.

Jako wielki miłośnik twórczości Howarda Phillipsa Lovecrafta zapragnąłem napisać jakieś lovecraftowskie opowiadanie, obowiązkowo mroczne i bluźniercze, ocierające się o przedwieczne tajemnice, szaleństwo i niewypowiedzianą grozę. Zebrałem się w sobie, zasiadłem do klawiatury i w ciągu paru tygodni, zaczynając pisać w rocznicę śmierci HPL, stworzyłem wiekopomne dzieło. Był rok 1996.

Dzieło przeczytało paru znajomych, po czym zaległo ono sobie w uśpieniu (fhtagn!) na dysku. Jednak, jako że działo się to dawno, dawno temu, w ubiegłym stuleciu, zanim nastały blogi, był to czas, gdy każdy ambitny internauta chciał mieć swoją stronę. Chciałem i ja. Nauczyłem się więc podstaw HTML i szast prast stronę zmontowałem (pierwsza wersja stała na Geocities – pamiętacie jeszcze ten serwis?). Powiesiłem na niej kilka tekstów i tak wisiały sobie. W międzyczasie udało mi się „sprzedać” to opowiadanie po raz pierwszy, za koszulkę z Cthulhu – i tak zawisło ono dumnie na stronie Magii i Miecza (tej pierwszej, zrobionej niemal w całości w txt, prowadzonej przez Miłosza). Drugi raz „sprzedałem” je za dobre słowo do drugiego numeru fanzinu Arkham Courier. Było fajnie, choć dzisiaj już nie wpychałbym uprzednio opublikowanego tekstu każdemu, kto tylko go chciał. ;)

Któregoś dnia, bodajże analizując statystyki wejść na moją stronę, a może też przez zupełny przypadek szukając czegoś o Lovecrafcie, znalazłem mój tekst na jakiejś stronce. Ku mojemu zdziwieniu odkryłem, że był on podpisany H. P. Lovecraft i umieszczony pośród innych opowiadań Samotnika z Providence. Moja radość była niesamowita – nie dość, że ktoś to opowiadanie znalazł w sieci, to jeszcze wziął je za tekst samego Mistrza Horroru, choć zapewne uprzednio go nie przeczytał. Po krótkiej chwili (wtedy nie było jeszcze Google, były AltavistaInfoseek) znalazłem parę innych stron, na których mój tekst również był podpisany jako kreacja HPL. Wysłałem do właścicieli maile, że owszem, miło mnie łechce zamieszczenie mojego tekstu na ich stronach i że mogą go sobie zamieszczać na zdrowie, ale niech nie profanują imienia Lovecrafta przypisując mu bazgroły nastoletniego imitatora.

Webmasterzy odpisali, nazwisko poprawili. Jakiś czas później ponowiłem akcję, wynajdując kolejną stronę czy dwie i prosząc o korektę. Po czym o sprawie zapomniałem.

Dzisiaj, czytając o tym, co ACTA zrobi fanom zamienników tuszu, coś mnie tknęło. Przywołałem z pamięci jedno z początkowych zdań opowiadania i wrzuciłem je w Google. I co? Nie dość, że znalazłem cytaty z mojego tekstu na kilku blogach, to do tego ten sam tekst znów wisi w sieci, na Chomiku i w innych miejscach, podpisany oczywiście inicjałami HPL i umieszczony wśród innych jego tekstów (np. tutajtutaj). Oto pełne wyniki wyszukiwania Google – kont na Chomiku kilka, wersji tekstu (formatowanie) też więcej niż jedna, czyli ktoś go nawet obrabiał przed wrzuceniem.

Czy uczucie będące połączeniem dumny, szczęścia i zażenowania ma jakąś nazwę?

Pragnąc oddać Cthulhu co jego, niniejszym zamieszczam jedyną prawdziwą, właściwą, rzetelnie podpisaną (i ociupinkę wyczyszczoną z błędów interpunkcyjnych, literówek i ortów – kiedyś „nie” z imiesłowami przymiotnikowymi pisało się rozdzielnie!) wersję rzeczonego opowiadania. Nie poprawiałem treści, nie redagowałem, nie zmieniałem. Oddaję odmętom sieci wytwór mojego pióra powstały, gdy miałem lat siedemnaście. Czynię to ku uciesze (lub zgryzocie) Waszej i swojej, oczywiście jako BY-NC-SA i w przenośnym formacie (PDF i EPUB – dzięki, Zuhar!). Cthulhu fhtagn!

Noc. Czas spokoju i przemocy. Czas snu, złych ludzi oraz mocy, które lepiej niech pozostaną nie nazwane. Lęk przychodzi o zmroku i odchodzi wraz z pierwszymi promieniami wschodzącego słońca. Boi się każdy, niezależnie od tego, co na ten temat mówi. W każdym z nas jest zasiany strach. Strach przed nieznanym, przed przeznaczeniem, przed śmiercią. Czasami zapominamy o nim, a kiedy indziej lęk paraliżuje nasze ruchy i myśli. Odbiera swobodę działania. Wtedy ogarnia nas jedno pragnienie: uciec jak najdalej, uwolnić się od tego uczucia. A to wszystko dlatego, aby nie odkryć, czego się boimy. Nikt nie lubi stawać twarzą w twarz z własnymi lękami i koszmarami. Mogą to być zwykłe rzeczy: cień poruszanej wiatrem zasłony, obudzony w gnieździe ptak, szum wiatru. Są jeszcze inne przyczyny: nocny krzyk przeszywający mroczną ciszę, przytłumione, powolne kroki dochodzące z dachu, dźwięki niedające się w żaden sposób przyporządkować ludziom bądź zwierzętom lub też myśli przywołujące zdarzenia, o których chcielibyśmy zapomnieć.

Do pobrania: Sny – opowiadanie (PDF i EPUB)

 Zamieścił: dn. 24/01/2012 o 22:49

 Zostaw odpowiedź