Lis 222007
 
Falkon 2007 - Miagi porywany przez dwie piratki.

Falkon 2007 – Miagi porywany przez dwie piratki.

Znów pojechałem na Falkon. Na ten konwent jeżdżę co roku, poczynając od jego drugiej edycji w 2001. Do tej pory tylko raz, w 2006, nie udało mi się wybrać do Lublina. Falkon jest dla mnie tradycyjnym zamknięciem sezonu konwentowego (na Nordcon jakoś nie udało mi się na razie dotrzeć) i wolę nie myśleć, że znów mógłbym opuścić tak sympatyczną imprezę.

Zastanawiałem się, czy pisać klasyczną relację. Ale myślę, że nie ma to większego sensu. Kilka sprawozdań już się w sieci pojawiło, a ja nie muszę się znęcać nad biednymi organizatorami, wytykając im potknięcia i niedoróbki. Niemniej jednak pozwolę sobie na kilka słów o tegorocznej edycji, a potem będzie też o Falkonie, ale ciut z innej beczki.

Lubelski listopadowy konwent ma to do siebie, że wychodzi. Nie pytajcie mnie, jak to możliwe. Za każdym razem Falkon po prostu działa, niezależnie od okoliczności czy pogody (pamiętny atak zimy w 2004). Nigdy jednak nie miałem większych zastrzeżeń co do samej imprezy, jak i organizującej go ekipy. W tym roku jednak chyba zadziałała zła magia nowej lokalizacji, ponieważ kilka rzeczy się wysypało, a i mam o czym pomarudzić. Nie będę się jednak nad tym długo rozwodził, oto wpadki:

  • małe sale sypialne; ponoć wszystkich pomieszczeń do spania było aż dziewięć, jednak ich rozmiar był niezadowalający (zakładam, że wszystkie miały podobną powierzchnię, jako że kilku nigdy nie odnalazłem). Już w piątek wszystko było zapchane i ci, którzy przyjechali wieczorem, musieli spać na korytarzu;
  • nie było pryszniców – to największy i podstawowy minus nowej lokalizacji Falkonu. Organizatorzy chcieli wstawić przenośne prysznice toi-toi, ale okazało się, że nie mieszczą się one w drzwiach. Tak więc celem zachowania higieny należało stosować stary, sprawdzony, magiczny sposób na wykapanie się w umywalce;
  • w naszej noclegowni przez trzy dni był wisiał nigdy nie wymieniany worek ze śmieciami. Co prawda poradziliśmy sobie i jako kulturalni konwentowicze nie zrobiliśmy wokół niego wysypiska, ale jednak obsługa powinna była zaglądać we wszystkie kąty;
  • przynajmniej na jednych drzwiach od sali prelekcyjnej rozpiska punktów programu wisiała z aktualnościami opisującymi piątek;
  • informatory nie dotarły na czas. Nie była to jednak wina organizatorów, ale pewnej firmy kurierskiej, która „wcięła” przesyłkę. Najpierw organizatorzy zostali poinformowani, że całość trafiła do Warszawy. Potem, że większość jednak jest w Lublinie. Oczywiście informatory można było odebrać z magazynu dopiero w sobotę rano. Ucierpiał na tym konwent, ucierpieli organizatorzy. W kuluarach można było usłyszeć nawet słowa „sąd” i „prawnik”. I nic dziwnego, popieram.
Falkon 2007 - autor Neuroshimy Hex w roli żywej reklamy.

Falkon 2007 – autor Neuroshimy Hex w roli żywej reklamy.

To były wady. Przyznaję, że tyle mankamentów Falkonu nie wymieniłem jeszcze nigdy. Mógłbym się jeszcze poczepiać detali w stylu chaotycznej prelekcji Kaduceusza o grach narratywistycznych (swoją droga, Garnek to potwór w ludzkiej skórze), Simana, który o GNS mówił jakoś bez przekonania (a ludzie uciekali z prelekcji), czy też nikłej liczby punktów programu, które wzbudziły moje zainteresowanie (co nie znaczy, że program był zły – wręcz przeciwnie). Ale to tylko szczegóły. Na Falkonie bawiłem się bardzo dobrze. Zdjęcia znajdziecie w albumie (na 100% Seji), fotorelacja wyszła jednak tak sobie – kiepskie światło było, a wciąż pstrykam komórką.

Z zalet, poza ogromnym programem, warto tez wspomnieć o salach prelekcyjnych, które domyślnie wyposażone były w projektory multimedialne i komputery. Tak jest specyfika Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Administracji, gdzie odbył się tegoroczny Flakon. Do tego aule przeznaczone dla prelegentów doskonale spełniły swoje zdanie. Gdyby nie kilka mankamentów wymienionych wyżej, byłoby to doskonałe miejsce na konwent. Dodatkowym plusem był leżący po drugiej stronie ulicy Grill Bar, serwujący tanie piwo (Perła!) i dobre, równie tanie żarcie z grilla (kaszanka!)

Aha, zapomniałbym o najważniejszym.

Na Falkonie 2007 odbył się pokaz mody gotyckiej.

Dziękuję także Moraczowi, Multidejowi, Telefaxowi, Żółwiowi i Ravenowi za radosną podróż do Krakowa. :)

I to wszystko. A teraz też o Falkonie, ale trochę inaczej.

* * *

Na pierwszy Falkon pojechałem niejako w ciemno. Słyszałem dobre opinie o edycji z 2000 roku i uznałem, że warto się wybrać do Lublina. Zdaje się, że pociągiem pojechałem sam. Parę innych osób miało dotrzeć w piątek wieczorem. Wszedłem na konwent i… zgubiłem się.

Falkon 2001 na zawsze zapamiętam jako imprezę, na której znałem góra pięć, no może dziesięć osób: ekipę, która przyjechała z Krakowa, przypadkiem spotkanego znajomego oraz poznanego mailowo koordynatora konwentu, Krzysia-Misia. Cała reszta z rzeszy coś 600 uczestników była dla mnie tajemniczym tłumem, który przybył na konwent. Miałem już w tym czasie za sobą kilkanaście zlotów i trochę znajomych w fandomie, ale wtedy czułem się bardzo mały i bardzo, bardzo samotny. A kiedy dowiedziałem się, że zdecydowana większość uczestników pochodzi z Lublina i okolic (bliższych lub dalszych, ale generalnie z tzw. Ściany Wschodniej), zabrakło mi słów. To zdumienie towarzyszy mi zresztą do dzisiaj. Każdy Falkon to dla mnie kolejny powód do zastanowienia się, jak organizatorzy to robią, że są w stanie przyciągnąć na imprezę tyle osób z regionu.

Falkon 2007 - jesteśmy w Lublinie.

Falkon 2007 – jesteśmy w Lublinie.

W 2001 pojechałem do Lublina niczym na pierwszy konwent w życiu. Jednak wracając do Krakowa mogłem już powiedzieć, że znam kilkanaście – jeśli nie kilkadziesiąt – osób z lubelskiego fandomu. Z każdego kolejnego Falkonu wyjeżdżałem bogatszy o nowe znajomości. Tym razem też tak było, parę osób poznałem nieco lepiej, a i kilka nowych twarzy i ksyw będę musiał zapamiętać. Zrobię to z przyjemnością. To właśnie na Falkonach poznałem Nelka, Monę i Morta, Kaduceusza, a ostatnio Woykersa, Zrudę i Ankę oraz zwariowaną ekipę z Bielska. Nie sposób wymienić wszystkich. Zresztą, Falkon to też ci, którzy już się na tych i innych konwentach nie pojawiają, z różnych przyczyn: Garfield, Melon…

Na moim pierwszym Falkonie miałem tez okazję poznać organizującą konwent ekipę z Cytadeli Syriusza. Była to spora odmiana w porównaniu z paroma innymi konwentami, gdzie orgowie dla zwykłego uczestnika czy prelegenta byli zwykle niedostępnym gronem kryjącym się w organizatorce. Lubelska załoga przyjęła mnie niezwykle serdecznie. Nie wiem do dziś, dlaczego. Może akurat mieli dobry dzień, a może się dogadaliśmy. Albo tez przeważyło to, że pochodzę z Zamościa, czyli jestem „swój”? W każdym razie tak ciepłego przyjęcia nie doświadczyłem nigdy (pomijając R-Kon i Mikon, choć tam akurat z orgami znałem się już wcześniej parę lat).

I tak jest co roku. Te same roześmiane twarze, ci sami świetni ludzie. Co prawda Beata to już nie dziewczyna, ale żona Krzyśka, Żucho ściął włosy, Mazgarox urósł i przypakował, a kilka innych osób też się już ustatkowało lub jest na dobrej drodze ku temu, ale wiele więcej się nie zmieniło. No, może komuś przybyło parę kilo lub nieco siwych włosów. Ale parę dni temu znów był śmiech, radość, uściski i opowiadanie, co słychać. Litwin przemycał dla mnie ciastka z greenroomu, a Neratin wreszcie powiedział, kiedy umarł Tolkien. No i były pytania, czy ja jeszcze żyję fandomowo – wystarczyło ominąć jeden Falkon i już mnie uśmiercono, ale o tym kiedy indziej.

Radość konwentowicza

Tak cieszy się człowiek, który kupił grę i znalazł w niej instrukcję po niemiecku. ;)

Falkon stał się dla mnie strasznie ważnym konwentem. Niby to już impreza masowa, tysiąc uczestników, zgiełk i szum, ale z drugiej strony to dalej konwent, na który pojechałem sam, a wróciłem z całym naręczem znajomych i przyjaciół. To wyjątkowe trzy dni na mojej prywatnej mapie konwentowej, dla których warto zrobić wszystko, by tylko pojechać do Lublina. Ale to przede wszystkim ludzie, których co prawda widzę rzadko, z którymi kontakt w ciągu roku najczęściej mam sporadyczny. Ale zawsze w listopadzie, kiedy siedzę w pociągu, wiem, że za parę godzin znajdę się wśród przyjaciół.

Dziękuję Wam za wszystkie moje Falkony. Liczę, że za kolejne sześć lat nadal będziemy mogli, jak co roku, spotkać się w Lublinie, napić piwa i powspominać Falkon 2007 – i wszystkie inne.

 Zamieścił: dn. 22/11/2007 o 02:30

 Zostaw odpowiedź