Lis 122007
 
Inwazja - plakat

Inwazja – plakat

Zachęcony przez Borysa, wybrałem się do kina na Inwazję (The Invasion), kolejny remake Inwazji porywaczy ciał (Invasion of the Body Snatchers). Była to już czwarta ekranizacja powieści Jacka Finneya, poprzednie powstały w latach: 1956, 1978 i 1993. Prawdę mówiąc, jeśli ktoś widział jedną Inwazję…, to widział już wszystkie, co nie znaczy jednak, ze należy sobie film odpuścić.

Tegoroczny remake to całkiem udana produkcja. Nie jest przesadnie ambitna, nie pretenduje też do miana „odkrycia roku”. Po prostu przedstawia znaną, klasyczną historię, w której tajemniczy obcy podmieniają ludzi (tutaj zmieniana jest jedynie osobowość, nie ma hodowania duplikatów, choć kokony są obecne jak najbardziej). Warto pójść na ten film z grupką znajomych i cieszyć się ze znanych już, ale wciąż budzących radość momentów (My husband is not my husband; They are coming! You’re Next!; Don’t sleep… Don’t sleep…).

Zachowano tu wszystkie konieczne dla Inwazji… elementy: tajemnicze „coś” zmieniające ludzi, najbliżsi, którzy nie są już sobą, powszechna niewiara, że coś się dzieje – aż będzie za późno. To się po prostu dobrze ogląda, niezależnie od dekoracji. Są wspomniane wyżej, obowiązkowe kokony transformacyjne, a samo obce zagrożenie przybywa na Ziemię w postaci zarodników, jak w powieści. Jest tez odpowiednio obrzydliwy sposób bezpośredniego szerzenia „zarazy”, związany z przyjętym w Inwazji sposobem rozprzestrzeniania się zarodników.

Wady? Kilka się znajdzie. W pewnym momencie fabuła skacze gwałtownie do przodu, jakby ktoś wyciął z filmu kilkanaście minut. Najpierw wiadomo, że coś się dzieje, ale nikt nie jest w stanie powiedzieć co, a potem deus ex machina wojskowi naukowcy już wiedza i dzielą się tą informacją z towarzyszami głównej bohaterki. To rozwiązanie miałoby sens, gdyby pojawiło się jakieś 15-20 minut później, już po pierwszym bezpośrednim kontakcie Carol Bennell z pod people.

Można też nieco zarzucić zakończeniu, w którym pytanie o to, jaka Ziemia byłaby lepsza – pełna mordujących się z błahych powodów ludzi, czy może zasiedlona przez zunifikowane, zmienione przez obcych jednostki – zostaje zdane wprost. Przypomina to walenie widza łopatą po głowie, czy aby na pewno zrozumiał, o co w filmie chodzi.

Inwazję polecam. Nie ma w tym filmie nic nowego, nic odkrywczego, a tych, którzy znają książkowy oryginał bądź też poprzednie ekranizacje, produkcja niczym nie zaskoczy (choć oczywiście zawsze można obstawiać, czy zakończenie będzie optymistyczne, czy nie). Mimo to jest to kawałek fajnego kina oraz powrót do czasów paranoi lat 50-tych, kiedy „inni” mogli w każdej chwili zaatakować społeczeństwo USA (i wolnego świata) od środka. Jack Finney twierdził, że powieść nie miała być politycznym komentarzem do ery maccarthyzmu. Jednakże, czy dzisiaj motyw „porywaczy ciał” nie mógłby wpisać się w tak nagłaśniane medialnie, ogólnoświatowe zagrożenie terroryzmem, kiedy to bombę może podłożyć mąż, który zmienił religię i stał się „inny”?

Swoją droga, to byłby niezły chwyt reklamowy dla każdej nacjonalistycznej partyjki: „Nadchodzą! Jesteś następny!”

 Zamieścił: dn. 12/11/2007 o 01:48

 Zostaw odpowiedź