Paź 282007
 

Hekate vel Ann poznałem dawno temu, w końcówce lat 90., jeszcze w czasach modemów i tętniącego życiem kanału ircowego #cthulhu-pl. Przez parę lat korespondowaliśmy, wymieniając od czasu do czasu tradycyjne listy. Jakoś w międzyczasie spotkaliśmy się w RL. Efektem spotkania był poniższy tekst, zainspirowany pierścionkiem ze smokiem. Hekate przypomniała mi o tym wczoraj, kiedy po paru latach znów spotkaliśmy się w Krakowie, żeby nieco nadrobić zaległości.

Szkoda, żeby to krótkie opowiadanie kurzyło się na dysku. Tak, wiem, że jest strasznie stare. :) Aha, tekst został kiedyś opublikowany w Magazynie Fantastycznie! (wysłałem na jakiś konkurs, nawet wygrałem kilka książek; sam magazyn od lat już nie wychodzi). Obecna wersja jest po kilku kosmetycznych poprawkach.

W każdym razie jestem do tego opowiadanka bardzo przywiązany. Tym bardziej, że powstało z myślą o wyjątkowej osobie.

 

* * *

 

Dla Hekate

PRZYGODY OWIECZKI ANI I SMOKA MARCINA

Epizod VII,5
Jak budowano most

 

– Owieczko! – powiedział smok.

Owieczka na dźwięk głosu smoka skuliła się w kącie jaskini.

– Owieczko! – powtórzył smok. I ziewnął. Ziewnięcie smoka brzmiało mniej więcej tak: „Aaargh”, tylko bardziej przeciągle i o dwie oktawy wyżej.
– Ziewa się „Ziew”, a nie „Aaargh” – drżącym głosem odezwała się owieczka, wciąż przytulona do zimnej ściany pieczary. Ta ściana, jak i pozostałe, była zimna, gdyż smokowi skończył się węgiel.

Smok Marcin spojrzał na nią spode łba. Chwilami dość miał tej bezczelnej, beczącej kulki wełny, która zeszłej jesieni zamieszkała w jego Jamie.

– Owieczko! – powtórzył po raz trzeci. – Czas na śniadanie.

Owieczce Ani śmierć zajrzała w oczy. Właściwie, to stanęła jej przed oczyma i puściła film zatytułowany „Życie Owieczki Ani”. Owieczka zadrżała. Wiedziała, że chwila, której się tak obawiała, w końcu nadeszła.

Tymczasem smok otworzył szafkę wiszącą nad zlewem i wyjął z niej duża paczkę płatków kukurydzianych. Wsypał je do dwóch miseczek i zalał mlekiem. Na koniec do każdego z naczyń wrzucił kilka truskawek.

– Podano do stołu! – zawołał ni to do owieczki, ni to do siebie. I puścił nosem chmurkę dymu w kształcie dyliżansu.

Owieczka powolutku, z cichym mlaśnięciem, odkleiła się od ściany i potruchtała do stołu.

– Ojej! Truskawki! – ucieszyła się. – Ale skąd wziąłeś truskawki w grudniu?

Smok przerwał na chwilę chrupanie płatków i spojrzał w przestrzeń. Potem spojrzał na truskawki, a jeszcze potem na owieczkę.

– Byłem ZA RZEKĄ.

Gdyby słowa miały ciężar, to właśnie w tej chwili smoka, owieczkę i truskawki przygniotłoby coś około 1256,33 tony leksykalnej. Owieczce łyżeczka wypadła z…

(No właśnie, w czym owieczka może trzymać łyżeczkę, skoro nie ma palców?)

Owieczce łyżeczka wypadła z szuflady. To, co właśnie powiedział smok, było niewyobrażalne.

– Ale… Ale jak się tam dostałeś? – wyjąkała owieczka.
– Przez zakrzywienie czasu i przestrzeni – odparł nie bez dumy smok. – Przeszedłem po moście, który dziś wybudujemy.

Owieczka zemdlała. Czasoprzestrzeń i krzywizny to wybitnie nie były jej klimaty. Wolała starą, poczciwą walkę na półtoraki, obcinanie głów mieczem dwuręcznym i juchę tryskającą na wysypaną starymi trocinami i zalaną piwem podłogę przydrożnej karczmy.

Smok pociągał za wszystkie sznurki. Nie! Smok ciągnął sznurki. No, prawie. Smok ciągnął sznurek, którego jeden koniec trzymała owieczka. Drugi koniec nawinięty był na drewnianą rolkę. Jak to wyjaśnił wcześniej owieczce, wytyczali teraz podejście do mostu.

I wychodziło im to całkiem nieźle. Niestety, w swych obliczeniach pominęli jeden niewielki, niemal nieistotny szczegół. Smok nie lubił wody, wiec podejście, jak i sam most, tyczył jakieś trzysta metrów od brzegu rzeki. Na dodatek równolegle do jej biegu.

Poranna mgła podnosiła się powoli, niechętnie. Odsłaniała świat stęskniony pierwszych promieni grudniowego słońca. Smok stał na skraju mostu i chuchał w… w… i chuchał w pazury. Jeszcze minuta – pomyślał – i będę mógł przejść ZA RZEKĘ po koszyczek truskawek.

Słońce zaświeciło mu prosto w ślepia. Smok założył ciemne okulary i postawił pierwszy krok na pachnącym lasem moście. Drewno zaskrzypiało cicho. Smok postawił drugi krok. Potem trzeci. I kolejny. Powoli rozpędzał się, a powolne człapanie stopniowo przyśpieszało, przechodząc najpierw w trucht, potem kłus, a na końcu w galop. Smok pędził przed siebie. Rozpuszczona grzywa ciemnych, lekko kręconych włosów falowała pod wpływem prędkości.

Huk rozszedł się po okolicy. To smok przekroczył właśnie barierę dźwięku! I mknął dalej przed siebie. A czas i przestrzeń powoli zawijały się wokół niego, nieświadome faktu, że tak na prawdę to zrobiły to przedwczoraj, mimo że miały zrobić to wczoraj, a nie dzisiaj. Bo truskawki smok i owieczka jedli właśnie przedwczoraj.

Nastąpiło ZAGIĘCIE, UGIĘCIE i PRZEGIĘCIE. Smok, most oraz cała rzeczywistość rozpłynęły się we mgle i oparach wymieszanych ze skutkiem i przyczynowością. Nastała cisza.

– Owieczko! – powiedział smok.

Owieczka na dźwięk głosu smoka skuliła się w kącie jaskini.

– Owieczko! – powtórzył smok. I ziewnął. Ziewnięcie smoka brzmiało mniej więcej tak: „Ziew”. Tylko bardziej przeciągle i o dwie oktawy wyżej.
– Ziewa się „Ziew” a nie „Aaargh” – drżącym głosem odezwała się owieczka wciąż przytulona do zimnej ściany pieczary. Ta ściana, jak i pozostałe, była zimna, gdyż smokowi skończył się węgiel. Odezwała się i stwierdziła ze zdziwieniem, że smok ziewnął „Ziew” a nie „Aaargh”.

Smok Marcin spojrzał na nią spode łba. Chwilami dość miał tej bezczelnej, beczącej kulki wełny, która zeszłej jesieni zamieszkała w jego Jamie. I na dodatek ostatnio zaczęła go przedrzeźniać.

– Owieczko! – powtórzył po raz trzeci. – Czas na śniadanie.

Owieczce Ani śmierć zajrzała w oczy. Właściwie, to stanęła jej przed oczyma i puściła film zatytułowany „Życie Owieczki Ani Part 2”. Owieczka zadrżała. Wiedziała, że chwila, której się tak obawiała, w końcu nadeszła. Znowu.

Tymczasem smok otworzył szafkę wiszącą nad zlewem i wyjął z niej dużą paczkę płatków kukurydzianych w miodowej polewie. Wsypał je do dwóch miseczek i zalał mlekiem. Na koniec do każdego z naczyń wrzucił kilka truskawek.

– Podano do stołu! – zawołał ni to do owieczki, ni to do siebie. I puścił nosem chmurkę dymu w kształcie dyliżansu pocztowego.

Owieczka powolutku, z cichym mlaśnięciem, odkleiła się od ściany i potruchtała do stołu.

– Ojej! Truskawki! – ucieszyła się. – Ale skąd wziąłeś truskawki w grudniu?

Smok przerwał na chwilę chrupanie płatków i spojrzał w przestrzeń. Potem spojrzał na truskawki, a jeszcze potem na owieczkę.

– Byłem ZA RZEKĄ.

I wtedy właśnie owieczka dostrzegła, że włosy smoka znajdują się w straszliwym nieładzie, łuski są nadpalone, a na pięknym smoczym ogonie – teraz powycieranym i brudnym, jakby smok nim hamował – ktoś przyczepił karteczkę: „Truskawki Delta Mekongu to samo zdrowie!”.

Owieczka zemdlała.

Grudzień 1999

 Zamieścił: dn. 28/10/2007 o 23:41

 Zostaw odpowiedź