Paź 142007
 
4400

4400

Z serialem 4400 zetknąłem się przypadkiem. Wiedziałem wprawdzie, że takowy powstał, ale jakoś nie było okazji zapoznać się z nim bliżej. Pewnego dnia, chyba dwa lata temu, trafiłem na pokaz zorganizowany przez telewizję AXN, tam obejrzałem pierwszy sezon i wsiąkłem.

Seria zaczyna się nieźle. Tytułowe 4400 osób, które zniknęły w tajemniczych okolicznościach na przestrzeni ostatnich 50 lat, powraca nagle w kuli światła, bez pamięci o swoim porwaniu. Kto ich uprowadził? Dlaczego właśnie tych ludzi? I najważniejsze: w jakim celu ich porwano i dlaczego wrócili? Na te pytania odpowiedzi poszukują Tom Baldwin i Diana Skouris, funkcjonariusze National Threat Assessment Command (NTAC), fikcyjnej sekcji Departamentu Bezpieczeństwa Krajowego USA.

Bardzo szybko okazuje się, że ci, którzy powrócili, dysponują niezwykłymi, nadprzyrodzonymi zdolnościami. Powstaje problem, jak tak zwani „4400” przystosują się do życia w społeczeństwie (niektórzy wrócili wszak po pół wieku) oraz jak ludzie zareagują na odmienionych przybyszów. Dodatkowo, sami „4400” nie są jednomyślni co do swojego miejsca na świecie. W środku całego zamieszania znajdują się agenci NTAC, próbujący ustalić, czy „4400” stanowią zagrożenie dla państwa i obywateli. Rozwój wypadku dostarcza jednak zwykle tylko nowych pytań, zaś nieliczne odpowiedzi są niejednoznaczne i wcale nie ułatwiają rozwiązania zagadki.

Niedawno zakończył się czwarty już sezon serialu, więc ciężko jest nakreślić fabułę nie psując zabawy tym, którzy go jeszcze nie oglądali. Dlatego też skupię się raczej na powodach, dla których warto obejrzeć 4400. Jest to bowiem produkcja solidna, nastawiona na eksplorowanie fabuły i rozwijanie sporej liczby wątków pobocznych. Nie ma tu praktycznie „pustych” odcinków, każdy wnosi coś do opowiadanej historii. Minusem oczywiście jest konieczność oglądania wszystkiego po kolei, żeby nie zgubić się w rozwoju sytuacji.

4400 - jeden z głównych bohaterów

4400 – jeden z głównych bohaterów

Nieustanne rozwijanie fabuły jest poniekąd fundamentem największej wady 4400 – serial nie ma co prawda wielu niedoróbek, jednak pewne zjawisko wkurza mnie niemiłosiernie. Mianowicie, pomijając sezon pierwszy (który tak naprawdę jest zamkniętą mini-serię), każdy kolejny rozkręca się niesamowicie wolno. Ja lubię otwarcia z hukiem, w których wiele się dzieje. Natomiast tutaj mamy bardzo, bardzo powolny start: nakreślone zostają zwykle główne wątki fabularne, do tego autorzy dorzucają kilka istotnych, lecz zwykle mało efektownych wydarzeń. Owszem, potem z serialem jest jak z lokomotywą, jak się już rozpędzi, to nie sposób go zatrzymać. Końcowe odcinki sezonów mają tendencję do wywracania wszystkiego do góry nogami, dyktując zupełnie nowe zasady gry. Zanim jednak do tego dojdzie, musimy przebrnąć przez stadium ślimaka.

Nie twierdzę, że 4400 nudzi, wręcz przeciwnie. Chodzi o to, w jaki sposób twórcy dawkują kolejne informacje i rozbudowują całą historię. Pomiędzy sezonami w świecie serialu mija od kilku tygodniu do kilku miesięcy, czasem więcej. Całe napięcie budowane jest w kolejnych sezonach niejako od zera. Taki zabieg powoduje, że oglądamy kolejne rozdziały sagi, z których każdy jest mniej-więcej zamkniętą historią. Cierpią na tym oczywiście biedni widzowie, którzy chcieliby dostać jak najwięcej odpowiedzi na nurtujące ich pytania.

Siłą 4400 jest, jak już wspomniałem, rozbudowana fabuła. Wątków jest sporo, dość mocno zaakcentowana jest między innymi kwestia społecznej akceptacji uprowadzonych. Jednak konflikt na linii „4400” – zwykli ludzie nie jest jedynym. Samym porwanym też daleko do jednomyślności, dzieli ich między innymi podejście do sposobu, w jaki powinni wykorzystać nowo nabyte umiejętności. Dodatkowo, sprawa „4400” ma daleko idący wpływ na życie nie tylko głównych bohaterów serialu i ich rodzin, ale i na cały świat. Tematów więc nie brakuje.

4400 - obsada

4400 – obsada

Kiedy dowiedziałem się, od czego pochodzi tytuł serialu, zażartowałem, że pomysłów na odcinki nie zabraknie – jeden epizod opowiadać będzie historię jednego z porwanych. Na całe szczęście tak się nie stało. Owszem, zdarzają się odcinki skupiające się na jednej postaci, jednak służą one głównie rozbudowie społecznego tła serii. Istnieje jednakże kluczowa grupa bohaterów, wokół których skupione są główne wątki i to ich perypetie możemy śledzić przede wszystkim..

Fantastyka w 4400 podawana jest dość subtelnie. Owszem, są tu efekty specjalne, są różne fantastyczne motywy, ale wszystko to stosowane jest bardzo rozsądnie i w umiarkowany sposób. Siłą serii są bowiem nie wyczyny specjalistów od F/X, ale solidnie nakreślone postacie. Jasne, akcja też jest, ale główna rozgrywka toczona się nie za pomocą super-zdolności, lecz poprzez intrygi i spiskom.

Jak można się było spodziewać, serial nawiązuje do obecnej sytuacji na świecie. Sporo mówi się o uznaniu „4400” za terrorystów i wewnętrznego wroga, agentom NTAC zdarza się powoływać Patriot Act. Oczywiście, ani rząd USA, ani jego przeciwnicy nie mają czystych rąk. Miłośnicy teorii spiskowych będą jednak zawiedzeni – konspiracje występujące w 4400 mają charakter doraźny i nie sięgają swymi mackami w każdy zakątek globu; oczywiście, zdarzają się wyjątki.

Sezony 4400 są krótkie. Pierwszy liczy sześć odcinków, kolejne po trzynaście. Zgadzam się, to mało, ale dzięki temu twórcy mogą skupić się na konkretach, zamiast rozdymać produkcję do rozmiarów pełnowymiarowego serialu (co oczywiście musiałoby zaowocować „pustymi” odcinkami nie mającymi wpływu na główne wątki lub też nadmierną komplikacją fabuły). Jasne, zostawia to spory niedosyt, tym bardziej, że wbrew zapowiedziom tajemnice „4400” ujawniane są bardzo oszczędnie – w czwartym sezonie autorzy obiecali ukazać widzom „całą prawdę” na temat porwania, zamiast tego podsunęli jedynie nieco tropów i dodali kilka dodatkowych wątków.

Warto się z 4400 zapoznać. Jest to serial zrobiony sprawnie, nie powielający schematów z innych produkcji. Co mnie szczególnie ucieszyło, to zerwanie z podziałem na odcinki zwykłe i „mitologiczne” – takie rozwiązanie doskonale działało w The X-Files, późniejsze produkcje za wszelką cenę chciały dorównać dziełu Chrisa Cartera, kopiując na potęgę. I choć tu także mamy do czynienia z przedstawicielami służby rządowej, 4400 odszedł bardzo daleko od przygód Muldera i Scully. I bardzo dobrze – choć po obejrzeniu pierwszego odcinka miałem co do tego olbrzymie wątpliwości. W ogóle otwierająca 4400 mini-seria do pewnego momentu sprawia wrażenie kolejnej kalki przygód dzielnych agentów FBI, na szczęście nic z tego nie pozostało w kolejnych sezonach.

Jeśli lubicie rozbudowana fabułę, spokojne, acz nie leniwe, tempo wydarzeń, a do tego lubicie, jak w serialu dzieje się coś więcej poza gonitwami i strzelaniem na prawo i lewo, sięgnijcie po 4400. To nie jest rewelacja na miarę The X-Files czy Millennium, ale po prostu solidna produkcja z kilkoma ciekawymi pomysłami, zaskakującymi zwrotami akcji i paroma tajemnicami, które będą wam spędzać sen z powiek.

 Zamieścił: dn. 14/10/2007 o 23:37

 Zostaw odpowiedź