Gru 052006
 

Oto trzecie, ostatnie moje opowiadanie osadzone w świecie Gasnących Słońc. W moim odczuciu jest najmniej udane – głównie dlatego, że miałem ochotę na zrobienie czegoś z wykopem i w roli głównej obsadziłem cesarza Alexiusa Hawkwooda. I to był błąd. Zwrócono mi na to wówczas uwagę, ale dopiero teraz się z tym zgodziłem. Porwanie się na kanoniczną postać świata gry rzadko kiedy jest dobrym pomysłem. W związku z tym na blogu publikuję lekko przeedytowana wersję. Ten tekst to także pewna fascynacja X-Men, których to uwielbiam do dziś. Opowiadanie zostało pierwotnie opublikowane w czasopiśmie Magia i Miecz 9/2001.

Lochy Cesarskiego Oka

– Wasza wysokość! – jednooki mężczyzna z drwiącym uśmiechem podniósł się z podłogi celi. – Cóż stało się, że tak szlachetny człek odwiedza mego pokroju szumowinę?

Strażnik stojący obok pięścią uderzył więźnia w brzuch. Wyciągnął zza pasa krótką, drewnianą pałkę i zadał kolejny cios w głowę.

– Zważaj na słowa, śmieciu. Nie rozmawiasz ze swoim bratem, lecz z Hawkwoodem! – warknął.

Człowiek powoli wstał. Spojrzał na strażnika i splunął na ziemię.

Szlachcic gestem nakazał gwardziście opuścić celę. Gdy ten chciał zaprotestować, spojrzenie księcia nakazało absolutne posłuszeństwo.

– Proszę, proszę – więzień wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Cóż za odwaga.
– Odwagą jest walczyć samemu przeciw wielu – odparł William Hawkwood.
– Lub głupotą. Nie boisz się, że rzucę się na ciebie? Albo, że wypalę ci mózg?
– Doskonale wiesz, że twoje moce psychoniczne są wytłumione. Poza tym jestem żołnierzem. Nie boję się walki.

Mężczyzna przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią. Usiadł przy zniszczonym drewnianym stole, podsuwając nogą drugi stołek w stronę Hawkwooda. Ten skorzystał z zaproszenia.

– W czym więc mogę pomóc, jaśnie panie? – zapytał szlachcica z udawaną uprzejmością.
– Chcę porozmawiać o Niewidzialnej Ścieżce – odparł William. – Chcę wiedzieć, dlaczego jest w was tyle nienawiści, tyle zła. Chcę was…
– Zrozumienie to przywilej dany niewielu – przerwał mu więzień. Hawkwood nie zareagował na tę bezczelność. – Ale wydaje mi się, iż nasze cele cesarscy szpiedzy poznali dosyć dobrze.
– Ty mi powiedz.
– Uwierzysz terroryście?
– Uważam cię za bojownika. Niekoniecznie jednak o słuszne ideały.
– Czuję się zaszczycony, panie.
– Mów więc.
– Jesteśmy podobni, Hawkwoodzie – mówiąc to, więzień na chwilę wyprostował się, przybierając wyniosłą pozę, jakby naturalna dla niego.
– Nie wydaje mi się. Ty jesteś przestępcą, niezależnie jakie hasła głosisz – szlachcic zmarszczył brwi.
– Ty uważasz się za lepszego z racji urodzenia. Ja podobnie.
– Uważam się za równego innym ludziom.
– Równego innym? Wierzysz we własne kłamstwa, normalu? Narzucasz swą władzę innym. Gdzie tu równość?
– Jestem człowiekiem. Takim samym jak inni.
– Człowiekiem, powiadasz? I może jeszcze jesteś z tego dumny? – więzień zaniósł się śmiechem.

William spojrzał zimno na psychonika. Ten wzruszył ramionami.

– Jesteś ślepym ogniwem ewolucji, szlachetko – rzekł spokojnie jednooki. – Ty i tobie podobni. Nawet obcy – ta pogardzana przez niemal wszystkich tania siła robocza – są lepsi od ciebie. Weźmy takich ukarów – oni rodzą się ze zdolnościami okultystycznymi. Są wyższą rasą. Ty możesz sobie być nawet cesarzem całego wszechświata, ale i tak pozostaniesz na zawsze osobnikiem niższego gatunku. Pokazałbym ci potęgę telekinezy, gdyby nie to stado psychoników za ścianą śledzących każdą moją myśl.
– Nie myśl, że się ciebie boję – wycedził William przez zaciśnięte zęby. – Widywałem różne okultystyczne sztuczki i nie robią już one na mnie wrażenia.
– Sztuczki? – jednooki wstał. – To nie jest jarmarczna magia jakiegoś wędrownego kuglarza, normalu. Nie doceniasz naszego rodzaju. Jesteś genetycznym śmieciem. Odpadem, który w jakiś sposób na chwilę zdołał zawładnąć światem. Ale to się zmieni. Nadejdzie nasz czas. Czas homo sapiens superior!
– Jesteś szalony. Ty oraz tobie podobni. Kościół ma rację – stanowicie zagrożenie dla nas wszystkich.
– Zagrożenie? Jesteś śmieszny. Jesteśmy waszą zagładą. Niesiemy ogień, w którym spłonie wasz świat. Nie doceniacie nas. Nigdy nie docenialiście. W dawnych czasach naukowcy nazwali osoby o mocach psychonicznych homo sapiens superior. Nowy gatunek. Stojący wyżej, niż nędzni potomkowie szympansów. Nawet obcy – tak, ci sami, którym spaliliście domy i odebraliście ziemię – rozwinięci są bardziej niż dumne homo sapiens.
– To są brednie – powiedział Hawkwood, z trudem powstrzymując gniew. – Jesteś takim samym człowiekiem jak ja.
– Takim samym? Dworujesz sobie ze mnie, jaśnie panie. Jaki użytek robicie panie ze swego mózgu? Ile jego zasobów uruchamiacie co rano? 10 procent? Wątpię. A nawet jeśli, to jest to niczym w porównaniu z tym, czym my dysponujemy. Mógłbym z tego miejsca zadusić cię w kilka sekund jednym eleganckim gestem. Albo nakazać ci przebić głową mur. Gdyby mnie nie blokowano, rzecz jasna. Miłe, prawda?

Szlachcic wstał i podszedł do drzwi celi.

– Wychodzisz panie? – usłyszał drwiący głos psychonika. – Przecież chciałeś się czegoś dowiedzieć. Chciałeś zrozumieć.

Hawkwood odwrócił się powoli.

– Uważaj na swe słowa – powiedział – bo nawet twoja mania wielkości nie uratuje cię przed stryczkiem.

Jednooki uśmiechnął się i założył nogi na stół.

– Wiesz co? Dawno nie miałem tak cierpliwego audytorium. I tak zafascynowanego moimi słowami – uśmiechnął się. – Chciałeś usłyszeć o Niewidzialnej Ścieżce. Powiem ci więc, ale tylko to, co chcę, byś usłyszał. Ani słowa więcej. Kto by pomyślał, że będę zabawiał prawdziwego Hawkwooda rozmową?
– Ostrzegam cię. Bacz, z kim rozmawiasz.
– Ależ jaśnie panie, a czy ty wiesz z kim przebywasz w jednej celi? Może ja tez jestem szlachcicem? Pomyślałeś o tym? Po twojej minie widzę, że tak. Chciałbyś wiedzieć, prawda?
– To nie twoja sprawa, co myślę.
– Dawno, dawno temu… – więzień uśmiechnął się ironicznie, ignorując odpowiedź – a może wcale nie tak dawno, powstał sabat psychoników zwany Niewidzialną Ścieżką. Skąd nazwa? Kroczymy po drodze, którą jedynie my jesteśmy w stanie zobaczyć. U kresu tej wędrówki czeka nagroda: nowy, wspaniały świat.
– Jak się nazywasz? – przerwał mu szlachcic. – Nikomu nie udało się poznać twego imienia, a lubię wiedzieć, z kim rozmawiam.
– Jak się nazywam? Powiedzmy, że… Legion. Dobre imię, nie uważasz? Imię nas wszystkich. Albowiem jesteśmy jedną siłą, która wkrótce zniszczy mury getta, w jakim nas zamknęliście i wskaże wam, gdzie wasze miejsce. My natomiast zajmiemy tron należny koronie stworzenia. Gatunek homo superior władać będzie wszechświatem, patrząc, jak niższe byty dokazują w klatkach gwiezdnej menażerii. Zaś moje prawdziwe miano odrzuciłem już dawno, wraz z przywilejami i całym splendorem, bez którego niektórzy nie potrafią żyć.

Psychonik przerwał, chcąc sprawdzić, jakie wrażenie słowa wywarły na Hawkwoodzie. Ten jednak siedział niewzruszony.

– Skąd taka kamienna twarz, wasza wysokość? Czyżbyśmy ukrywali emocje? Czy to podziw? Może odraza? A może… strach? Swoją drogą, nie uważasz jednak, że to fascynujące? Nie wiesz nawet, ile rzeczy można uzyskać posługując się siłą woli. Można na przykład czytać w myślach. Ale skąd możesz to wiedzieć? Wszak wasz Kościół nie popiera takich praktyk. A teraz zagadka: czym jest tak zwana „teurgia”? Zastanów się nad tym przed snem. Nie, żadnych podpowiedzi.
– Skończ wreszcie – William złapał psychonika za rękę. – Mów o sabatach, albo dopilnuję, byś gnił tu do końca życia. Długiego życia.
– Dobrze, dobrze. Spokojnie wasza wysokość. Złość źle działa na serce. Szkoda by było tak młodego panicza. Rodzina by się zasmuciła. A rodzina to ważna rzecz – nigdy cię nie opuści, pomoże w potrzebie… Ale o czym to ja…? – zamilkł na chwilę, widząc rodzące się na twarzy szlachcica zdumienie. – A tak, sabaty. Po co się łączymy? Dlaczego tworzymy grupy, którymi matki straszą niegrzeczne dzieci? Aby przeżyć, wasza wysokość. Walczymy o to, co nam się należy. A wy, zamiast uznać nasze – słuszne w świetle waszych praw – racje, polujecie na nas i szczujecie jak zwierzęta. Sabat daje ochronę. Ale nie to jest najważniejsze. Tu chodzi o coś więcej. Moc zwiększa się wraz z wiedza. Im więcej wiesz o sobie, tym łatwiej ci wykorzystywać zdolności. A nauka nie jest ani łatwa, ani przyjemna. Łatwiej jest nauczyć się jakiejś sztuczki od towarzysza, niż latami próbować opanować ją samemu – a w naszym przypadku większe umiejętności to większa szansa na przeżycie. Żebyś zrozumiał, wasza wysokość, wyobraź sobie, że psychonik to szermierz, a sabat to szkoła szermiercza.
– Nie jestem głupi, więźniu. Nie musisz mi tego wyjaśniać – wycedził przez zęby Hawkwood.
– Bardzo przepraszam – jednooki wykrzywił twarz w grymasie rozbawienia. Już nigdy nie ośmielę się kwestionować bystrości umysłu mego drogiego pana i władcy. Mogę kontynuować? Jeżeli nie poznasz dobrze własnych możliwości, możesz marnie skończyć. Jak? Na przykład oszalejesz, kiedy zbytnio wzmocnisz pewne efekty. Albo on dopadnie cię szybciej, niż wymówisz jego imię. On to nasz wróg. Mroczny przeciwnik. Adwersarz. On to nasz przyjaciel, często jedyna istota, która jest obok ciebie, gdy nie ma już nikogo. To nasz najwierniejszy druh. Nasze dziecko. Nasz… cień. Rodzi się wraz z mocą. Towarzyszy nam do końca życia. A my sycimy go, karmimy naszymi błędami. Czy tego chcemy czy nie. A czasem… czasem ten mroczny byt uwalnia się, by przyjąć twoją twarz i ruszyć w gwiazdy. Wierz mi, nie chciałbyś go spotkać. To tak, jakby mieć złego brata – bliźniaka. Nikt nie lubi niepokornych krewnych, prawda?
– Więc dlaczego się w to bawisz, skoro jest to niebezpieczne?
– Walczę o wolność. Wy nazywacie mnie terrorysta. Jak nazwałbyś kogoś twojego gatunku, walczącego o wolność? Hipokryzja, oto wasze bogactwo. Gdybyś mnie zabił, nazwano by cię bohaterem. Jeśli to ty zginiesz z mojej ręki, twoi pobratymcy nazwą mnie mordercą. Tyle, że ja walczę o wolność i należne mi miejsce. Ty zaś prowadzisz celowy plan wyniszczenia mej rasy. Widzisz różnicę, jaśnie panie?
– My odpowiadamy tylko na waszą agresję. Świat się zmienił. Nie jesteście już ścigani.
– Nie? Więc co ja tu robię? Wypoczywam?
– Zabijałeś.
– Owszem, zabijam. My zabijamy. Ale tylko tych, którzy wejdą nam w drogę. Stawisz nam czoła – zginiesz. Dopadniemy cię, choćby schował się na dnie morza. Usłyszymy twoje myśli nawet z otchłani kosmicznej pustki. Jednak jeżeli zgodzisz się z nami, poddasz się naszej – wszak należnej nam – władzy, zostawimy cię w spokoju. Nie licz jednak na luksusy – zamkniemy cię w takiej samej klatce, do jakiej ty nas wsadziłeś.
– Ale nie wszyscy z twojego rodzaju walczą. Są sabaty, które nie chcą konfliktu.
– Inne sabaty? Kto na przykład… Favyana? Tchórze bujający w obłokach. Mrzonki i urojenia, oto co głoszą. Nigdy homo sapiens superior nie będzie koegzystował z wami, śmiecie. Dociera to do ciebie? Zresztą, Favyana wyciąga do was, normali, rękę. A wy strzelacie do nich tak samo jak do nas. Biedni głupcy, nigdy się nie nauczą, że jedynym językiem, jaki wy – dumni ludzie – rozumiecie, jest język przemocy. Tylko nim potraficie władać – wszak prymitywne organizmy, jakimi niewątpliwie jesteście, życie spędzają na zabijaniu, pożeraniu i wydalaniu. Nie stać was na nic więcej. Oni, ci „pokojowi” psychonicy mnie nie obchodzą. Dali się zwieść waszej propagandzie. Uwierzyli wam. Pracują dla was, płaszczą się, skamlą jak psy o nędzne resztki, jakie łaskawie zrzucacie im z waszych stołów.
– Dobrze wiesz, że mają te same przywileje, co inni.
– Twierdzisz, że są wolni i mają równe prawa? A cóż to za wolność, kiedy krok w krok chodzi za tobą inkwizytor? Co to za równość, kiedy niefortunnie umieszczone znamię wyśle cię na stos? Co z tego, że gildie zatrudniają psychoników, a i wojsko korzysta z ich usług? Ci, którzy wam służą, są słabi i omamieni waszymi pustymi obietnicami.
– Jeżeli służą wiernie, to nie mają się czego obawiać.
– Kłamstwo, wasza wysokość. Jaśnie pan na pewno słyszał o Pokutnikach. Te biedne baranki zdecydowały się liczyć na miłosierdzie Kościoła. Ja byłem jednym z nich. Zamknęli mnie w celi, w której ciężko było stanąć wyprostowanym. Głodzili mnie. Torturowali. Grzebali w głowie, tak teurgią, jak i rozżarzoną igłą. Nazywali to odkupieniem grzechów. Śmieszne.
– Więc wyobraź sobie, psychoniku, że jednym z mych doradców jest obun. Również psychonik. Uważam go za przyjaciela. Co ty na to?
– Omamiłeś go pewnie wizjami potęgi i władzy. Na mnie nie robi to wrażenia. Między naszymi gatunkami nigdy nie będzie pokoju. Poza tym, nie chcę rozmawiać o zdrajcy własnego ludu. Chyba to rozumiesz. Zapamiętaj Hawkwoodzie, Niewidzialna Ścieżka nigdy nie przerwie walki. Będziemy zabijać. Wasze miasta będą płonąc. Bomby znajdziecie nawet w kołyskach niemowląt. Wybijemy was wszystkich, jeśli będzie trzeba. Nadejdzie czas, gdy to wy będziecie ściganą zwierzyną, a my będziemy tańczyć na grobach waszych bliskich. Zbudujemy mur, za którym zamkniemy żałosne resztki błędnej odnogi ewolucji. Ten dzień nadejdzie. Możesz przekazać to swoim. Gromadzimy siły. Na razie może i jest nas niewielu i niedoceniacie nas, lecz czas naszego triumfu zbliża się.
– Miałem nadzieję, psychoniku, że z tej rozmowy obie strony wyniosą jakieś korzyści – William wstał i podszedł do drzwi. – Tymczasem widzę, że w twym sercu jest jedynie nienawiść. Szkoda. Musze jednak przyznać, że teraz patrzę na wasz bój nieco inaczej. Obawiam się jednak, że nie jest to zrozumienie. Bardziej litość. Żal mi was, gdyż dążycie do samozagłady. I nic nie jest w stanie was powstrzymać. Ludzie będą nienawidzić was tym bardziej, im goręcej będziecie walczyć o swoją sprawę. Z każda niewinną ofiarą nienawiść będzie rosła. Aż w końcu wybuchnie, a jej płomień zniszczy was ostatecznie. To nie groźba. To ostrzeżenie.
– Mądrość szlachty jest zaiste legendarna – zakpił psychonik.
– Powiedz mi jeszcze jedną rzecz – oparł się o drzwi. – Co dla kogoś takiego jak ty jest najważniejsze? Broń, która możesz zabijać normalnych ludzi? Pieniądze na dalsza walkę? Satysfakcja z kolejnej podłożonej bomby? Nowe „moce”?
– Rozczaruję cię, Hawkwoodzie. Żadna z tych rzeczy. Nawet nie nowe zdolności. To wszystko to jedynie środki do walki. Nie jej serce. Liczy się zwykła puszka farby. Nocą piszemy na murach miast odezwę do naszego rodzaju. Do tych, którzy wciąż żyją pod uciskiem prymitywnych istot, zamiast panować nad nimi. To strofy wiersza pisanego przez naszą walkę. Wezwanie do bitwy, której nadejście jest nieuniknione.

William odwrócił się i zapukał w drzwi celi. W tym momencie jednooki zerwał się, przeskoczył stół i rzucił się na Williama. Obaj znaleźli się na podłodze. Szlachcic jedną ręką starał się uwolnić z uścisku napastnika, drugą zaś sięgnął po przypięty do pasa sztylet. Jednooki kolanami przycisnął Hawkwooda do ziemi i począł go dusić. Hawkwood zdołał wyszarpnąć ostrze z pochwy i wbić je w bok napastnika. Więzień jęknął i zwolnił uścisk. Przez chwilę patrzył przeciwnikowi w oczy, po czym zwalił się na ziemię. Drzwi otworzyły się, wbiegły straże.

William wstał, dysząc ciężko. Gwardzista złapał za ręce trupa, chcąc zabrać ciało z pomieszczenia, lecz książę powstrzymał go gestem dłoni. Pochylił się nad psychonikiem i odchylił kołnierz koszuli zmarłego. W słabym blasku lamp zalśnił złoty haft, przedstawiający lwa stojącego na tylnych łapach.

– Żegnaj kuzynie – wyszeptał William Hawkwood.

 Zamieścił: dn. 05/12/2006 o 18:58

 Zostaw odpowiedź