Lis 222006
 

Wrzucam moje drugie opowiadanko osadzone w świecie Gasnących Słońc. Tym razem jest to historia chłopaka, który bardzo chciał polecieć w kosmos. Tekst miał zaprezentować gildię – padło na zajmujących się transportem i handlem Przewoźników. Jest to mój ulubiony tekst do GS. Pierwotnie ukazał się w czasopiśmie Magia i Miecz 5/2001.

– Następny! – urzędnik niedbałym ruchem odłożył akta na półkę podpisaną „Odrzucone” i sięgnął po kolejną teczkę ze sporego stosu papierów leżących przed nim na biurku. Otworzył ją i przejrzał szybko znajdujące się wewnątrz dokumenty. Zmarszczył brwi. Podanie pełne było błędów – jeżeli można było pogwałcić jakąś zasadę pisowni, to w tym wypadku uczyniono to z niezwykłym wyrafinowaniem

– Więc chcesz wstąpić do gildii, co? – zapytał nie podnosząc głowy znad dossier. – Dlaczego…
– Nazywam się Christopher Casius, proszę pana – młody, donośny głos rozbrzmiał w kancelarii gildii Przewoźników niczym bicie dzwonu. Urzędnik nerwowo podniósł głowę i poprawił okulary.

Przed biurkiem stał młody, najwyżej osiemnastoletni chłopak o szczerej, dziecięcej twarzy. Ubrany był w prostą, płócienna tunikę. Jasne włosy spływały mu miękką falą na ramiona. Uśmiechał się.

– Nazywam się Christopher Casius – powtórzył – i chcę wstąpić do gildii, proszę pana.

Kancelista wykrzywił usta w grymasie znudzenia. Kolejny wieśniak, który marzy o sławie i pieniądzach. Spojrzał raz jeszcze na leżące na biurku podanie i przez chwilę przyglądał się koślawym literom i błędom ortograficznym.

– A wiesz chociaż, co to jest gildia, chłopcze? – zapytał, mając nadzieję, że kandydat jak zwykle speszy się i odejdzie.
– Wiem, proszę pana – młodzian uśmiechnął się radośnie. – Gildia to organizacja o charakterze przede wszystkim zawodowym, obronnym i towarzyskim. Jej celem jest zapewnienie bezpieczeństwa członkom związku, ułatwienie porozumienia z władzami i Kościołem, dbanie o należne gildii miejsce w świecie oraz podejmowanie działań mających na celu zwiększanie zysków między innymi przez uzyskiwanie różnorodnych przywilejów handlowych, proszę pana – wyrzucił z siebie jednym tchem.

Urzędnik, zaskoczony, zdjął okulary i przetarł wydobytą z kieszeni chustką.

– Skąd to wiesz? – zapytał po chwili, sięgając po notes i pióro. Zerknął do akt i zanotował coś szybko.
– Ojciec Malachiasz mi powiedział, proszę pana. To mądry człowiek.

Przewoźnik westchnął.

– Możesz przestać mówić „proszę pana”? To irytujące.
– Tak, proszę pana – z entuzjazmem odparł chłopak.
– Dobrze więc – kancelista westchnął ponownie. – Jakie mamy gildie?
– Istnieje pięć wielkich gildii: Przewoźnicy – zajmujący się handlem i lotami między gwiazdami, Inżynierowie – znający się na technice, Pozyskiwacze – żyjący z dostarczania ludziom rzadkich towarów, Pośrednicy – oferujący pracowników najemnych oraz Sędziowie – oni prowadzą banki.
– Sam pisałeś podanie?
– Tak. Sam nauczyłem się liter.
– Przeliteruj „tchórz”.
– T, h, u, sz.
– Posłuchaj, młody człowieku. – Przewoźnik zamknął teczkę i odłożył ją na półkę z odrzuconymi kandydatami – To, że umiesz wymienić gildie, nie oznacza, że się nadajesz. Nie umiesz pisać poprawnie, z liczeniem jest pewnie podobnie, co? Może w twojej wiosce ta umiejętność wzbudza szacunek, ale tutaj potrzeba czegoś więcej.
– Umiem jeszcze powozić! – obruszył się chłopak. – Robię to najlepiej w całej wiosce. I jeszcze znam się na koniach.
– Synku, widzisz tu gdzieś konie? Po co w ogóle tu przyszedłeś?
– Bo, proszę pana, ja mam marzenie – na dziecięcej twarzy kandydata na Przewoźnika wystąpił rumieniec zażenowania. – Nie chcę żyć w małej wiosce. Chcę latać do gwiazd. A tylko wy tutaj macie statki. Wiem, że latają wysoko. I szybko.
– Wielu takich jak ty przychodzi tutaj i myśli, że wystarczy uśmiechnąć się i powiedzieć, co się chce robić. A potem będzie się latać wśród gwiazd i zarabiać feniksy. Jak w bajce. Zgadza się?
– Tak, proszę pana, ale…
– Nie, synu. Tu nie ma „ale”. To bardzo ciężka i niewdzięczna praca. Owszem, są radosne chwile, czasem zdarzą się większe pieniądze. Jest wino, śpiew, są kobiety,. I wschody słońca oglądane z orbity – wierz mi, nie ma piękniejszego widoku. Ale w żadnym razie nie jest to bajka – urzędnik odepchnął się od stołu. Fotel na kółkach odjechał kilkadziesiąt centymetrów od blatu, a mężczyzna odchylił koc pokazując kikuty nóg. – To pamiątka po cholernym kontenerze win dla jakiegoś zblazowanego szlachcica. Mocowania w ładowni puściły i od dwudziestu lat jestem przykuty do wózka.
– Przykro mi – powiedział zatroskanym głosem Christopher.
– Przykro ci? Też coś! Nie wiesz, jak to jest być Przewoźnikiem – bo i skąd. Ale ty nawet nie zdajesz sobie sprawy, na co się porywasz. Życie w wiosce i praca na polu to zupełnie cos innego niż kontakt z chłodem kosmosu. Dryfowałeś kiedyś prosto w rozpaloną gwiazdę? Wychodziłeś w przestrzeń, by naprawić pęknięcie kadłuba? Rozumiesz chociaż o czym mówię?
– Tak, proszę pana. Ojciec Malachiasz…
– Co ty wiesz o lotach w kosmos? Nie spotkałeś piratów, dla których jesteś tylko kawałkiem mięsa odgradzającym ich od łupu. Nie możesz wiedzieć, jak to jest walczyć w stanie nieważkości, gdy zawiodą repulsory, a krew rozpływa się po całym pokładzie w postaci niewielkich, szkarłatnych kropel.
– Wiem, co to walka. Nasza wioskę wiele razy napadano. Umiem się bić.
– Nie o to chodzi, chłopcze. To dwa zupełnie różne światy. Nigdy nie stałeś trzydziestu dni na cle i nie przeklinałeś urzędasów portowych, prawda?
– Zdarzało mi się czekać na targu. Nawet dwa dni.
– Zdajesz sobie sprawę co się dzieje, gdy statek zostaje z jakiegoś durnego powodu objęty kwarantanną? – Przewoźnik mówił dalej, nie zwracając uwagi na słowa chłopca. – Towar się psuje, żarcia masz na dwa tygodnie dla pięciu osób, a czekać masz miesiąc. A zdarza się, że i dwa. Beż możliwości opuszczenia statku. To jest straszne! Zamknięty w małej klitce, z resztkami wody, bo jakiemuś przekładaczowi papierków ubzdurało się, że masz zarazę na pokładzie. Pamiętam, że raz musieliśmy zjeść truchło ogiera, którego wieźliśmy dla jakiegoś bubka. Siedzieliśmy zamknięci na statku czterdzieści dni. Czterdzieści, rozumiesz?! Mój nawigator zwariował potem. A ja do dziś czuje smak surowej koniny wyrywanej zębami prosto z martwego ciała.
– Był pan pilotem? – w pytaniu wyraźnie słychać było podziw.
– Tak, byłem… Zobaczyłem gwiazdy… Ale nie wiem, czy warto było zapłacić taką cenę. I ty lepiej też się zastanów, bo nie znasz świata poza swoją wioską. A ten bywa okrutny. Wiesz czym jest strach? Strach to avestianie przeszukujący twój statek milimetr po milimetrze w poszukiwaniu „herezji”. Widziałem, jak szturmowali unieruchomiony lądownik mojego przyjaciela, jak wywlekli człowieka na płytę lądowiska i spalili żywcem.

Mężczyzna zamilkł. W kąciku oka zakręciła mu się łza.

– W byciu Przewoźnikiem nie ma nic romantycznego – podjął po chwili opowieść. – To ciężka praca. Niewdzięczna i brudna jak każda inna. Gildia wydzierżawia statek, ty zasuwasz non stop, aby zapłacić za użytkowanie sprzętu. Trzeba jeszcze dać pensję załodze, mieć na opłaty portowe, naprawy – często coś się sypie, a inżynier pokładowy nie jest w stanie wszystkiego załatać. Jak wyjdziesz na zero, to możesz mówić o wielkim szczęściu.
– Zbudowałem sam dom, więc myślę, że…
– Znalezienie towaru i sprzedanie go z zyskiem to kolejny problem. Najczęściej gildia daje ci wstęp tylko do kilku układów – rynek niewielki, a konkurencja olbrzymia. A każdy sklepikarz tylko patrzy, jakby cię oszukać. Obojętne, czy kupujesz od niego wodę, szwarc czy też sadzonki ozdobnych drzewek. O broni nie ma co wspominać – wciskają najgorszy szmelc. Jednak kupić jest łatwo. Cyrk zaczyna się, gdy chcesz towar sprzedać. Jak masz pecha, to trafiasz na nowo wprowadzone cło, które od razu podbije twoją cenę o dwieście procent. Albo na „komitet powitalny” lokalnych wytwórców, którzy najpierw zabiorą ci towar, potem zdemolują statek, a na koniec połamią ręce i nogi. To nie sielanka, rozumiesz?
– Ale przecież gildie, nawet te najmniejsze, należą do Kupieckiej Ligi – chłopak odezwał się nieśmiało. Pewność siebie dawno go opuściła. – ojciec Malachiasz mówił, że gildie wspierają się nawzajem.
– Nie wszystkie gildie są w Lidze. Zresztą, Liga daje głos tylko wtedy, gdy ktoś zaczyna robić jej koło piór. Poza tym, jest to jedna wielka arena podchodów, intryg, skrytobójstw oraz od czasu do czasu otwartych konfliktów z użyciem ciężkiej artylerii. Widzisz, chłopcze, to jest wolny rynek. Na przykład, ty sprzedajesz cukierki w tym mieście i ja też; ale kiedy się ciebie pozbędę, będę zarabiał dwa razy więcej, prawda? To nic, że moje cukierki będą droższe. Ciebie nie będzie, a wszyscy twoi klienci przyjdą do mnie. A to, że i ty i ja będziemy Przewoźnikami, nie powstrzyma mnie przed wbiciem ci noża w plecy. Oczywiście, jutro to ja mogę skończyć w ciemnym zaułku z roztrzaskaną czaszką. Takie życie. Taki zawód.
– Ale ja się nie boję! – wykrzyknął Christopher. – Jestem silny. Poradzę sobie.
– Nie, nie poradzisz. A to z prostej przyczyny. Mówiłeś, że chcesz być pilotem. A ten zawód to nie tylko latanie i strzelanie. Niemal codziennie pilot musi wypełniać papierki. Manifest statku, zeznania celne – tony papieru, które trzeba przeczytać, wypełnić, podpisać i odesłać papierożercom. A oni zawsze znajdą jakiś błąd i przyślą ci dwa razy więcej makulatury, by ten błąd skorygować. A handel to też papiery. Rachunki, faktury, poręczenia, umowy. I wszystko musisz przeczytać i podpisać.
– Ale ja potrafię pisać. I czytać. I nawet wiem, co to rachunek, proszę pana – głos Christophera załamywał się. W oczach pojawiły się łzy.
– Nie, nie potrafisz. Może za rok, czy za dwa, kiedy będziesz umiał poprawnie napisać w podaniu własne imię. I przeliterować „tchórz”.
– Więc… więc to jest za mało, że sam napisałem podanie? Że umiem wskoczyć na konia w biegu? I że jestem najsilniejszy w wiosce i mogę sam ciągnąć wóz pełen siana? A ojciec Malachiasz nauczył mnie nawet liczyć. Umiem to, naprawdę! Liczę aż do dwudziestu pięciu… – łzy spłynęły po smutnej twarzy, jeszcze kilkanaście minut temu śmiejącej się do świata.
– Chris – mogę tak do ciebie mówić? Chris, posłuchaj. Jeszcze nic straconego – Przewoźnik poczuł nagłe ukłucie wyrzutów sumienia. – Podszkolisz się, będziesz lepszy w tym co robisz, wrócisz tu. A jak się nie uda, to za dwa lata też spróbujesz. Bo widzę, że raczej nie odwiodłem cię od zamiaru zostania jednym z nas. Prawda?
– T…Tak, proszę pana – Christopher pociągnął nosem. – Bo ja to sobie wymarzyłem…
– Wiem chłopcze. Ja tez miałem kiedyś marzenie – kancelista popchnął koła wózka rękoma i okrążając biurko podjechał do chłopca. Wziął go za rękę.
– Byłem kiedyś podobny do ciebie. Też śniłem o wielkich wyzwaniach. Ale moi rodzice pracowali dla Przewoźników i od małego wychowywano mnie na członka gildii. A ja chciałem być poetą. Ale kiedy zostałem pilotem, nie miałem już czasu na pisanie wierszy. Więc mam prośbę, nie rezygnuj z marzeń. Obiecaj mi, że zobaczę cię w tym biurze za rok. Obiecaj mi, że się nie poddasz. Masz w sobie ogień, synu. Wiesz, co chcesz robić. A serce do pracy to najważniejsza rzecz pod słońcem.
– Dobrze, proszę pana. Obiecuję, proszę pana – Chris uśmiechnął się nieśmiało.
– Prosiłem, żebyś skończył z tym „panem”. Jestem Mike – podał chłopcu dłoń. – A teraz wracaj do domu. I pamiętaj, co mi obiecałeś – uśmiechnął się przyjaźnie.
– Dziękuję.
– No, zmiataj już. Inni tez czekają, by odrzucić ich kandydatury – Mike puścił do Chrisa oko i obrócił wózek w miejscu, chcąc wrócić za biurko. Zrobił to jednak zbyt gwałtownie i fotel na kółkach niebezpiecznie przechylił się na prawa stronę, grożąc upadkiem. Próbując złapać równowagę, Przewoźnik wyciągnięta ręką starał chwycić się krawędzi biurka, lecz jego dłoń trafiła jedynie na wazon z kwiatami, który, uderzony, poszybował łukiem w stronę przeciwną niż spadający z wózka Mike, gubiąc po drodze kilka kwiatów. Kancelista zamknął oczy przygotowując się na zderzenie z podłogą.

Lecz to nie nastąpiło. Poczuł, że wózek znów przybiera pionową pozycję. Kiedy otworzył oczy, ujrzał pochylonego nad sobą Chrisa. Chłopak jedną ręką trzymał wózek, a w drugiej ściskał wazon i wszystkie wyrzucone z niego kwiaty.

– Dzięki – wyszeptał lekko zdezorientowany Mike. Młodzieniec uśmiechnął się.
– Daj mi wazon i kwiaty – Przewoźnik powiedział powoli, zastanawiając się nad czymś. Chris wypełnił polecenie. Mike nagłym ruchem podrzucił wszystko do góry. Chłopak, niczym błyskawica, złapał przedmioty w ułamku sekundy.
– Niezły jesteś. Jak doszedłeś do takiego refleksu?
– Od małego poluję na szczury. Szybkie są, bestie, proszę pana.
– Mówiłem ci, że refleks to najważniejsza cecha pilota? Nie? Niedopatrzenie. Myślę, że kilka godzin w symulatorze ci nie zaszkodzi.

Ruszyli w stronę drzwi prowadzących w głąb budynku. Mike jeszcze na chwilę wrócił do biurka i przełożył teczkę z podaniem Christophera Casiusa z półki „Odrzucone” do przegródki z napisem „Testy kwalifikacyjne”.

 Zamieścił: dn. 22/11/2006 o 12:41

 Zostaw odpowiedź